Na scenie kolejno pojawili się zwycięzcy konkursowych eliminacji z Warm Up Party, a po nich – na zmianę – reprezentanci pop-rockowej krainy łagodności i grzejące składy gitarowe. Zgodnie z gatunkową szachownicą wszystko, czego oczekiwaliśmy lub oczekiwać mogliśmy, zostało nam dostarczone prosto na tacy.
Heavy Pop Fest AD 2026 otwierał krakowski, funk-popowy skład Sól, którego mocno kołyszące utwory mają w sobie równie czarujące odcienie lekkości. Z wyraźnymi śladami klawiszy, ekspresyjnym, śpiewno-rapowym wokalem Magdaleny Palinki, zespół prowadził nas od Fenomenu, (świetnie zabrzmiał), poprzez Warkocze, po Oslo. Muzycy starali się dość naturalnie wciągnąć w rytm budującą się dopiero publiczność. Trzeba przyznać, że jak na wczesny początek imprezy (po godz. 15) to się zadziało. Ci, którzy wpadli do Hype Parku tak wcześnie nie mogli tego występu żałować. Jedynie (moim zdaniem) niepotrzebne były wchodzące raz po raz męskie wstawki wokalne, wytrącające sceniczny flow. Może trzeba do tego rozpisać inny repertuar?
Muzycznie spójne wrażenie pozostawił Taraban, choć – dla odmiany? – ich frontmanowi nie udało się porwać publiki. Trudno powiedzieć, czy za wcześnie było na takie show, czy jednak zawiódł sceniczny anturaż. Można było ulec wrażeniu, że zacieniał on walory muzyczne, że nadmiar przeszkadzał, bo instrumentalnie spięło się intrygująco. Potężna dawka amerykańskiego rockowania, od melodyjnego grunge’u po rock z domieszką „heavy”. Dobre Wilde Hunt na otwarcie, Die In Peace, czy moje ulubione Roxxxane, wystarczyło za dobrą wizytówkę. Nie trzeba jej nam było wpychać do kieszeni.
Koncert lecących na wznoszącej fali Mleczy odbił się po ścianach krakowskiego klubu echem lepszym, niż na wielkoscenicznym OFFie (choć ich katowicki występ wspominam pozytywnie). W HP okazało się, że młodość nie potrzebuje jeszcze takiego splendoru i to klub wciąż jest tym bardziej naturalnym środowiskiem. Setlista Mleczy naturalnie dzielona była na dwa. Z promowanego „Albumu Niebieskiego” zespół postawił na spokojne Zaśniesz spokojnie, Różę (wciąż nie dla mnie), Miau Miau, czy Brak tchu (pod koniec). Z debiutu popłynął m.in. iphone 6s i zawsze fajne Nie muszę mieć nic. Przyznam, że wolę Mlecze w wersji live, kiedy unoszą publiczność rozpylanym oniryzmem, kiedy instrumenty równoważą wokale (inaczej niż ze studia). Wyszedłem zadowolony, podobnie jak przybyła publika.
Mógł i podobał się TOŃ, którzy wrócili na scenę po blisko rocznej przerwie i tylko na ten jeden (póki co) koncert. Tym przyjemniej było usłyszeć stary materiał – Wdech/wydech, Dziennik czy Dom Niewoli – i nastroić się w wokalnej dubeltówce. Jak udaje im się sprawnie połączyć growling z melodyjnym, wręcz psychodeliczno-rytualnym zaśpiewem – kto nie widział, musi nadrobić. Sporo melodii, solówek, stonerowych tąpnięć, metalowych przeskoków – na Heavy Pop Fest TOŃ słuchało się tak samo dobrze, jak z płyty. Zważywszy na to, że z ich aranżacji energia uwalnia się róznobarwna, jest to wyjątkowa zaleta.
Odegrany w całości premierowo nowy album .WAVS „Total” był dla obecnych eksperymentem. O ile dla grupy to możliwość ogrania materiału przed ludźmi, o tyle słuchacze musieli zmierzyć się z nieznanym. Prócz singli. Jak wypadło? Na świeżo przebiła się głównie muzyka, bardzo solidne zgranie, świetnie zgrane instrumentarium (CIEBIE mam) i poziom aranżacji (Żółty szal). Nie ukrywam, że wokal Maćka Kowalskiego powinien miejscami lepiej rezonować z brzmieniem, a nie stawać się osobnym – nomen omen – głosem, choć to chyba podskórnie wszczepione balansowanie między popem a heavy. Tymczasem nowy album skrojony jest tak, by oba żywioły miały więcej autonomicznej przestrzeni. Ważne, że na żywo brzmi spójnie (nie mam jeszcze porównania z wersją studyjną), bo Koledzy wiedzą, jak sprawnie czytać ścieżki z rozrysowanej przez siebie muzycznej mapy. Trzeba jeszcze wspomnieć, że na kilka kawałków grupę wsparł na trąbce Paweł Gawryłowicz ze składu Opady (grający na „Total”), a dodatkową gitarową nogą na scenie był Wojciech Niemiec. No i że set zamknęły dwa kawałki z debiutanckiego “Heavy Pop” – Pytania i Okrutnie.
Drugą edycję Heavy Pop Fest zamykał kwartet Metro, występujący w roli headlinera. Z coraz bliższą premierą debiutanckiej płyty (w połowie października), wdarli się przebojem na polski rynek, a teraz na festiwalu .WAVS scalali jego lineup. Gdyby połączyć przekaz festiwalu (Heavy + Pop) w jedno, powstałby z niego zespół Metro. Łączą fascynacje polską zimną falą i melodyjnym soft-post-punkiem, dlatego ich utwory tak łatwo wpadają w ucho (Spacer po szkle czy Hej, Aloszka), utrzymując walor przebojowości. Na żywo zespół prezentuje się pewnie i zaskakująco profesjonalnie, jakby jego muzycy młodzieńczość zostawili w garderobie. Dzięki temu tempo występu i jego temperatura są constans, utrzymywane przez prowadzący bas i zimnofalowe brzmienie gitar. Do tego Aleksander Zajdel w roli frontmana, który ogranicza swą teatralną ekspresję na rzecz całego zespołu, dzięki czemu można się skupić na Metrze jako całości (TakTakTak). Godne zamknięcie bardzo przyjemnego wieczoru.
Druga edycja Heavy Pop Fest by .WAVS przeszła do historii. Można tylko pogratulować pociągnięcia formuły, doboru zespołów (każdy coś wniósł, żaden nie znużył). Obserwując przybyłą publiczność nasunął mi się jedynie wniosek, że ta oryginalna i ryzykowna zarazem formuła jednego popołudnia potrzebowałaby małego liftingu rozciągającego. Na dwa dni. Przy zachowaniu idei „heavy+pop” taki weekend spędzony w Hype Parku byłby łatwiejszy do przeżycia (przeżywania). Różna publiczność mogłaby dalej zaciągnąć się czymś mocniejszym i resztą z filtrem, ale przy zachowanej jednego dnia ciągłości stylistycznej. Im późniejszy był wieczór, tym więcej ulatywało energii i zaangażowania było jednak mniej.
To co – widzimy się za rok? Ja polecam.