Niestety, nie dane mi było usłyszeć całego Skeleton Key, spóźniłem się bowiem na początek. Choć zadziałały czynniki obiektywne, żal zostawiam sobie. Wchodząc coraz głębiej w sam koncert i utkany nam przez artystkę mrok, przekonywałem się, że właściwie trudno jest rozbijać go na cząstki elementarne. Circuit des Yeux, a właściwie Haley Fohr, nawet z krótkimi, słownymi wstawkami między utworami, prowadziła nas przez starannie zaaranżowaną scenerię dźwięków, z której wyłaniała się na zmianę ona i jej głos. Głos tak niski, że miejscami musiał kojarzyć się z Nico. Postać z postacią. Słuchając ciężkiego Anthem of Me, w którym Haley imponowała nam zakresem rejestrów, patrzyłem jednocześnie na jej zespół, który skupiał się na najlepszym odgrywaniu ról w spektaklu cieni. Kiedy nieco później zapytała nas, czy zostajemy w ciemności, czy wolimy, by rozjaśniono scenę, nikt nie opowiedział się za jasnością.
Circuit des Yeux przyjechała na katowicki Ars Cameralis w czteroosobowym składzie, z Alanem Sparhawkiem na gitarze. Sam ten fakt podnosił gęstość i temperaturę oczekiwań, a w trakcie koncertu Alan udowodnił, że głośne, psychodeliczne wycinanki są jego żywiołem. Najbardziej wyciskający moment wieczoru to Megaloner (zagrany już jako trzeci) i zagrany tuż po nim superhipnotyczny Canopy of Eden. Opus magnum całego występu. Obok nich – Dogma z „-io”, Black Fly (z „Reaching for Indigo”) i Fantasize the Scene, zagrany już na bis (z „In Plain Speech”). Z nowego albumu wybrzmiały jeszcze dynamiczny Truth i na pozorne uspokojenie Cathexis czy It Takes My Pain Away. Wcześniej jeszcze niesamowita wersja Double Dare z repertuaru Bauhaus.
To był występ z mocno naznaczonym ciężarem wielu emocji. Mroczny i lepki, choć nie przesadnie, co mogło wynikać z jego świadomego tonowania (pamiętajmy, że Haley jest w ciąży). Nie zmienia to faktu, że atmosfera tego wieczoru skutecznie przykuła publikę na sztywno, do foteli, i tylko szkoda było, że po niecałych 70. minutach mrużyliśmy oczy nie od ciężaru wzruszenia, lecz zapalonych w Rialto świateł.
Cudowny koncert, (nie) do powtórzenia.