Jako pierwsi: The Ferrules. Zaprezentowali nieco mocniejsze brzmienie, niż można się spodziewać po typowym shoegaze, choć w trakcie ich setu nie zabrakło również lekkich i pięknych utworów. Wokalista bardzo chciał przekazać muzykę całym sobą – odważnie krzyczał, sięgał po wyższe tony, ale też umiejętnie balansował głosem, czasem na granicy własnych możliwości. Piosenki The Ferrules dobrze wybrzmiewały zarówno po polsku, jak i po angielsku, choć momentami dało się odczuć różnicę w sile przekazu – obcojęzyczne wydawały się po prostu nieco mocniejsze. Z albumu „Pusty Dom” zagrali m.in. Zimne ognie, Afloat, Bez tchu oraz Gasnę. Nie zabrakło najnowszego singla Somehow, przy którym publika bawiła się szczególnie żywiołowo. W tle migały kolorowe światła, tworząc iście psychodeliczną przestrzeń, a każdą piosenkę dopełniały specjalnie przygotowane animacje wyświetlane nad zespołem – rozpikselowane obrazy, animacje fal czy po prostu obraz z kamery ukazującej artystów.
Po występie zachwytu można było spodziewać się bardziej nostalgicznej i spokojnej muzyki, jednak artyści postanowili pójść w nieco innym kierunku. Przede wszystkim – pojawiło się wiele premier zapowiadających nową płytę, a momentami brzmienie stawało się wręcz eksperymentalne. Na tyle, że znacząco odbiegało od ich dotychczasowej twórczości. Fajnie było widzieć, że członkowie zespołu świetnie czują się ze sobą na scenie – dużo żartowali, jammowali podczas utworów i wnosili spokojną, a zarazem swobodną atmosferę. Z albumu „Wolniej” (2024) usłyszeliśmy m.in. Latarnie, Huśtawki, Bloki, Smażenie oraz Scenariusze wszystkie złe. Ten ostatni temperatura koncertu wyraźnie wzrosła – tłum zaczął skakać i pogować. Z EP-ki „zachwyt” (2022) zabrakło najbardziej znanego utworu, co było sporym zaskoczeniem, bo dotychczas stanowił on nieodłączny element ich koncertów. Jednak gdy wybrzmiały słowa „Nie poznaję cię, więc się znowu twórz”, w tłumie pojawiły się zapalniczki i rozświetlone latarkami telefony, co stworzyło piękny klimat. Na bis zachwyt zagrał nic osobistego, czym ładnie domknął swój set.
Dla porządku: od strony wizualnej animacje wydały się tu lepiej przemyślane i dopasowane do poszczególnych utworów. Nie zabrakło uroczego kota (którego wiele osób w tłumie rozpoznało), pojawił się animowany dom-kowboj oraz zapętlone wideo przyrody, charakterystyczne dla artystycznej części zespołu. No, zachwyt.
Kombajn do zbierania kur po wioskach zagrał najbardziej równy koncert całego wieczoru, co wynikało głównie z braku nowych utworów (choć pojawił się jeden). Mimo to wybrzmiało wiele świetnie znanych kawałków, którym towarzyszył falujący tłum, skaczące grupy i gardła wykrzykujące z całych sił refreny, a nawet kultowe zwrotki. Tego wieczoru można było usłyszeć Połączenia, Planety i liście, Dubrownik, Uczucia, Dekodery i anteny czy Tornado, które wprowadzały publiczność w stan muzycznego uniesienia. Kombajn wyróżniał się najmocniej na tle dwóch poprzednich grup pod względem typowo shoegaze’owego brzmienia. Wyświetlane nad artystami animacje nawiązywały do okładki pierwszej płyty, rozpikselowanych obrazów oraz sennych wizji miast i podróży wśród natury. Kombajn zagrał najdłuższy set wieczoru, kończąc go rozbudowanym bisem, o który zresztą publiczność głośno i chętnie się upominała. Po krótkiej przerwie zespół wykonał jeszcze Chłopców z dynamitu, Warszawę (sporo ludzi wciąż miało w sobie dość siły, by nadal skakać) oraz Śnieżkę. Na koniec były już tylko długie i głośne owacje.
Organizowany przez Wytwórnię Tematy Shoefest po raz kolejny świetnie pokazał, że polska scena potrafi łączyć zespoły zarówno młode, jak i te działające od kilku dekad. Że muzycznie doskonale się uzupełniają, to jednocząc różne pokolenia, to przywołując nostalgiczne wspomnienia, jednocześnie zaskakując nowościami.
Widzimy się za rok!
tekst: Patrycja Drabik