Muzobar: Na koniec 2024 roku pisałeś: „Nie mogłem zrobić tego, co chciałem, a finalnie nie zrobiłem nawet tego, co mogłem”. Jak przekłada się to na 2025?
WaluśKraksaKryzys: Moim głównym zajęciem, nie tylko w głowie, jest nowa płyta i wszystko, co z nią związane. Na przykład pierwsze koncerty jesienią, co jest OK, bo w poprzednim roku nie było ich dużo. Poza tym koncentrowałem się na tworzeniu i na konfiguracji studia.
Własnego studia nagrań?
Własnego. Dzięki pomocy i uprzejmości Marcina Borsa udało mi się uzbroić naprawdę fajne studio.
Studio powstaje u Ciebie, w Skale?
Tak! To jest moje wielkie marzenie, chyba z dzieciństwa nawet. Jest takie miejsce w domu rodzinnym, czyli strych, w którym zawsze czułem, że chcę przebywać. Nie do końca miałem ku temu powód, bo to „tylko” strych, wiesz – na którym są graty, suszą się ubrania itd. Ale, jak się go urządzi… I to jest mój cel życiowy: urządzić ten strych. Niby prosta rzecz, a naprawdę motywuje do działania.
Twoje (obecne) życie artystyczne – w Kayaxie i po Fryderyku. Wpłynęło na Twoją przestrzeń artystyczną? Zmieniło ją?
Na pewno zmieniło się życie, bo dla stagnacji nie wykonuje się zmian, prawda? Ciężko opisać, tak jak powiedzieć, czym dokładnie zajmujemy się poza graniem muzyki. Kayax jest troszeczkę bardziej rozbudowanym zespołem. Pracuję teraz z Maciejem Pilarczykiem, który jest taką wtyczką, tuningiem mojej działalności. I kwestia niezależności artystycznej pojawia się przy każdej rozmowie. Wytwórnia czy management dostają ode mnie materiał wtedy, jak będzie skończony i do tego czasu, tak naprawdę, jest on wielką tajemnicą. Na jakimś etapie wysyłam materiał, który ma dalej iść do mixu i masteru, ale generalnie to jest bardzo zamknięta historia, bo zależy mi na braku pośredników między emocją a tym, co się uda z tej emocji wyrzeźbić. Powiem tak: czuję dzisiaj więcej swobody i… lekkości w tym, kim jestem.
Bywało inaczej?
Miałem przedtem poczucie, że muszę się jakoś zachowywać na scenie, podążać jakimś tokiem, myśląc o sobie i swojej przygodzie muzycznej. Teraz mam poczucie, że to sama muzyka i kreatywność, plus potrzeba wyrażania się, są tą esencją. Czasami podejmuję decyzje wbrew, być może, zdrowemu rozsądkowi, ale czuję, że tak muszę. I mimo potencjalnie przykrych konsekwencji mnie to buduje, sprawia, że żyje mi się całkiem świadomie. W Mystic pozostałem wydawniczo i wspaniale mi się tak z nimi pracuje; zresztą – nadal tam pracuję, w dziale własności intelektualnej. Managementowo jestem z Kayaxem i to jest świetna konfiguracja.
Ciekawe, ponieważ Mystic i Kayax to jednak dwie różne wytwórnie. Choć Mystic parę ładnych lat temu otworzył się na inne gatunki.
Tak, Mystic działa w określonym klimacie i środowisku, a te nowe pola są przy tym jakoś spójne z całością. Wiadomo, Czesław Mozil koło Behemotha nie stoi, ale taka różnorodność jest właśnie ciekawa. Wiesz, jak pracowałem jeszcze fizycznie w Mysticu, jako najmłodszy stażem, od starszych pracowników słyszałem, że ludzie ze Skały myśleli, że Mystic to wytwórnia filmów pornograficznych.
Tego nie znałem. Chyba siedziba tak działa na wyobraźnię, bo, że sataniści, to…
…to prędzej, sataniści, a tu ta pornografia. Mówiono, że płyta-matka jest zamykana w jakichś pomieszczeniach, żeby tam przesiąkła mocą szatana.
Dużo czasu spędzasz w Skale, czy częściej wybierasz życie w dużym mieście?
Pół na pół. Nie mam stałego miejsca zamieszkania, Skała to mój dom rodzinny i fajnie mi się tam wraca. W odpowiednich dawkach to świetne miejsce, sprzyjające tworzeniu. W Warszawie dużo częściej i chętniej chodzę do kina czy muzeum, niż do klubów. Koncertowo też nieczęsto jest mnie w stanie coś porwać. Wiesz, jeśli rolnik uprawia rolę to prawdopodobieństwo tego, że po skończeniu swojej pracy przyjdzie do domu i zacznie grać w „Rolnik Simulator” jest niewielkie.
Co robi Waluś, kiedy nie gra?
Wszystko poza tym, co widać i słychać na koncertach czy w muzyce, to jest miękka tkanka, którą ciężko określić. Ciężko, poza tym, jak pracuję nad płytą i wykonuję mnóstwo rzeczy z sekcji prac biurowych: kontakty, szukanie współprac, rozwiązań etc. Dużo i inaczej, niż ludzie mogą sobie wyobrażać. A z racji genetyki? Mój dziadek był zawodowym kierowcą tira, miał skład budowlany. Mój ojciec jest kierowcą tira, wujek (brat ojca) chyba też przez jakiś czas. Ja, co prawda nie jestem zawodowym kierowcą tira, ale jestem kierowcą zawodowym przewożącym własność intelektualną. Tak sobie to nazwałem: spółka ZOO, company.
Dużo jeździsz?
W ciągu roku wymieniam cztery razy olej, więc robię około 40-50 tysięcy km. Głównie między Skałą a Warszawą, np. żeby spotkać się z Marcinem Borsem, dostać od niego radę, albo zamówić zasilacz do efektów gitarowych. To nierozerwalna część finału, którym jest muzyka.
Masz miejsca, do których szczególnie lubisz jeździć? Wracać? Nie mówię tu o higienie muzycznej, ale na przykład potrzebie bycia sam ze sobą?
Myślę, że jestem domatorem. Czasami wychodzę do Ojcowa, idę pod Dom Pomocy Społecznej św. brata Alberta, taki 5-10 kilometrowy spacerek. Mijam po drodze pszczelarza Zbigniewa Kalitę, z którym też pracowałem w Mysticu. Zawsze pogadamy o pszczółkach i miodzie. Wiesz, jestem wciąż w trybie takiego „pompowania balonika”. Myślę podpompować jeszcze i jeszcze, docisnąć tak, żeby później spuścić trochę helu. Ale też nie spaść na samo dno, nie? Żeby nie pękł, dlatego podpompowywać.
Mówiono o Tobie: „artysta pandemiczny”. Uwierało?
Na początku nie przeszkadzało, bo i tak wszystko, co się wtedy działo, to były moje dziewicze doświadczenia. Szczerze powiedziawszy – dziś zauważam echo pandemii. Kiedyś właściwie jeden występ na Męskim Graniu, jeden singiel, taki chociażby jak miałem z Błażejem czy z Kasią Lins, potrafił niebywale sprawnie i szybko zbudować publikę. Zaangażowaną. Dawał rozpoznawalność i to nie z przypadku. Wydaje mi się, że to, że moja działalność tak ślamazarnie, w pewnym sensie, gdzieś tam się toczy, to pokłosie pandemii. Startując teraz, inni mają z kolei większy problem: z przesytem.
Przesyt na rynku jest bardzo wyraźny.
I dlatego koncerty wydają mi się moją mocną stroną, widzę sens w tym, żeby naprawdę grać muzykę z muzykami. Żeby ta muzyka żyła, bo wtedy trudno raczej o przesyt. Ćwiczenie, zgrywanie i znalezienie osób, które się nawzajem rozumieją, nie jest takie łatwe, jak np. wyprodukowanie singla, pójście we współprace reklamowe, promowanie się w social mediach. Staram się nie zwracać na to uwagi, tylko robić swoje. Śp. Felicjan Andrzejczak powiedział mi: „rób swoje, śpiewaj swoje.”
I śpiewasz. Fryderyki, telewizja, duże imprezy – to dla Ciebie?
Miałem kilka imprez z TVN-em, gdzie mnie troszeczkę… wsadzono. Mój pierwszy występ publiczny to było Dzień Dobry TVN. Czasem chodzi o to, żeby się pojawiać w miejscach, w których się nie możesz pokazywać – dla mnie żelaznym przykładem jest Quebonafide na okładce jakichś tam krzyżówek. Zmienił wizerunek, stał się Kubą z Ciechanowa, zakrył tatuaże i… pojawił się na jakichś „100. Panoramicznych”. Dla mnie to bardzo ciekawe i atrakcyjne, bo zupełnie inne.
A gdzie trzymasz swoją statuetkę Fryderyka?
Stoi w przedpokoju, na półeczce z płytami. Mam na nim zawieszony szal z różańców. Mój bardzo uzdolniony artystycznie brat, który teraz zajmuje się krawiectwem wysokim (że tak powiem), zrobił mi niesamowity prezent – drugiego Fryderyka, takiego w wersji thrashowej. Statuetka 1 do 1 typu „Obcy kontra Predator”. Ten jest z kolei w moim pokoju na półce książkowej. Jak już będę miał swoje studio, to chciałbym, żeby na siebie patrzyły i się całowały.
Jak traktujesz nagrody branżowe?
Uważam, że każde wyróżnienie należy uszanować, że to jest prestiż, a demonstracyjne umniejszanie tej czy innej statuetce, pokazywanie braku szacunku… Jeżeli ktoś nie dostał tego Fryderyka, to i tak go podskórnie pragnie. Po prostu. Każdy artysta pracuje na wysokich emocjach, no i jest egocentrykiem. Wyobraź sobie, że jesteś ustawiony w szeregu i z tego szeregu ma zostać wybrany jeden, który już tam nie będzie z tobą stał. Kiedy zdobywasz Fryderyka, trochę Ci schodzi ciśnienie, bo już jesteś doceniony. Po tym możesz pokazać: „o, będziesz stał w kiblu”. Wiesz, jakbym miał dużo pieniędzy, żeby wydać je na badania socjologiczne, to bym to zrobił, bo chciałbym, żeby to wydarzenie (Fryderyki’24) zostało rozebrane na czynniki pierwsze. Osobiście, jeśli chodzi o ogólną rozkminę, to taką miałem po nominacji za płytę „Atak”. Przy „+Piekło+ Niebo” już tylko duży spokój i dystans.
A chciałbyś wygrać w kategorii „tekściarz roku”?
(śmiech) Patrząc na to, kto ją wygrywa, jakie nazwiska są często obok siebie… To jest dla mnie rozstrzał zupełnie poza skalą. W naszej muzyce jest naprawdę dużo ciekawej (wręcz) poezji, muzycznych felietonów, tekstów, które są przepięknie poskładane. Adam „Łona” Zieliński jest dla mnie takim mistrzem, jeśli chodzi o słowa, o dykcję, operowanie myślami i przekazem. Pod tym względem nasza scena jest według mnie bogata, tylko czasami brakuje jej należnej ekspozycji.
Może pora coś z nim nagrać. Wiesz, jesteś jednym z niewielu artystów, któremu muzyczne kooperacje po prostu wychodzą. Z Kasią Lins, Zdechłym Osą, Błażejem Królem. I to są przeboje – Twoje, ale którymi trafiasz też do mainstreamu. Chciałeś być taką częścią popkultury?
Czuję się bardzo mocno zainstalowaną w mainstream jednostką. Choćby dlatego, że mam salkę prób obok Krzyśka Zalewskiego czy Dawida Podsiadły. Że pracuję ze wspaniałymi muzykami, że środowisko muzyczne znam, a ono mnie szanuje. Wiesz, było dla mnie ciężkim szokiem, że można być zauważonym jeszcze bez przedstawiania się komukolwiek. Rozpoznawalnym u swoich autorytetów, docenionym. Czuję się częścią tego środowiska i pod tym względem jestem przeszczęśliwy. Staram się jednak funkcjonować, i na pewno, jeśli chodzi o rozgłos funkcjonuję, na zapleczu. W moim artystycznym DNA jest, żeby nie wpasowywać się w jakiś nurt, kalkulować, co się może lepiej słuchać, tylko po prostu robić to z potrzeby serca.
Twoja skrzynka puchnie od zaproszeń do kooperacji?
Nie puchnie, ale jest tego sporo. I jeśli nie wychodzi, to zazwyczaj wtedy, kiedy muszę pogodzić się sam ze sobą, że tego nie czuję, nie jestem w stanie nic od siebie dodać. Nic, z czego byłbym zadowolony. Nie są to wtedy łatwe, khm, odpowiedzi. Z Kasią to był pierwszy raz, gdzie posłuchałem piosenki, potem zadzwoniłem do kogoś i powiedziałem: “to jest piękna piosenka, zrobię wszystko, żeby się wpasować i nie zepsuć”.
Wasz wspólny występ na Fryderykach był…
…czytałem, że najlepszy (śmiech). Odebrałem wtedy bardzo dużo gratulacji od mieszkańców Skały, ale wydaje mi się, że były to tylko wyrachowane próby zbliżenia się do Kasi Lins.
Taka jest skala popularności
Powiem Ci coś o niej. Po płycie „+Piekło+Niebo+” sprzedawałem wielki pedalboard z casem, który kupił jakiś pan z Katowic. Umówiłem się z nim w podkrakowskim centrum handlowym. Podjeżdżam, zdzwaniamy się, wysiadam z auta, patrzę i… nie, to niemożliwe. Pytam: „czy pan to pan?” A on: „A to pan?” I co? To był Przemek Myszor z Myslovitz! Patrzy na ten olbrzymi case i mówi, że właśnie będzie miał trasę po Wyspach, i że jego technika go za ten kawał kloca znienawidzi. A ja dalej myślę: „kurczę, chyba to on, nie?” Przemek, kiedy zobaczył naklejki na sprzęcie, zapytał: „grasz w jakimś zespole?” Mówię mu, że „ja to ja”, ale wiesz, byłem wtedy pierwszy dzień po ogoleniu wąsa… Na to on: „to ty zajebałeś nam Fryderyka!”. Po tym poszliśmy na kawę i to wtedy Przemek mnie uświadomił, że po latach dużo bardziej docenia się te nagrody. No i w Polsce nie ma ekwiwalentu Fryderyków.
Są nagrody gatunkowe
Tak, raperzy mają Popkillery i spoko, bo tam jest na tyle duża scena, że mają z czego wybierać, a jedna kategoria we Fryderykach to jest dla nich za mało. Dlatego Fryderyki pozostają jednak świętem branży, czy po prostu polskiej muzyki.
Czujesz się bardziej poetą czy punkowcem? A może bunt przekuwasz w poetycką lirykę? Po dwóch pierwszych płytach, bardzo osobistych i buntowniczych, nagrałeś „+Piekło+Niebo+”, które nie jest płytą stricte o Tobie, ale dla ludzi. Stawiasz na niej drogowskazy – jak poeta.
Ta płyta była jakimś tam skrętem, skokiem w bok od punkowego anturażu. W momencie jej nagrywania byłem w takim ezo momencie swojego życia, który był mi potrzebny do wyjścia z pewnych sytuacji i zobaczenia, że można inaczej. Na nowej płycie [“Tematy i wariacje” – db] następuje z kolei zniszczenie trzech poprzednich, zmielenie i przetopienie ich na nowo, bo świat jest dla mnie na tyle niepojęty, na tyle piękny i zafiksowany, że wychodzi z tego taki osobisto-społeczno-dramatyczno-grecki monolog.
Bardzo złożony
Bardzo. Wspomniałeś o punku, poezji i artyzmie. Z mojej perspektywy, to jest taka historia, w której ktoś zapuszcza włosy. Jak ciocia widzi swojego bratanka w 2015 roku i 10 lat później, bo była w USA, a on przez te 10 lat nie ścinał włosów, to mówi: „O Boże, ale masz długie włosy”! Ciężki szok, ale przecież ten bratanek będąc ze sobą 24/7 nie był w stanie zauważyć, jak mu te włosy rosną. I dla mnie ta moja codzienność jest normalnością. Najbardziej czuję się kombinatorem, bo zawód, który wykonuję, jest bardzo nieregularny. Nie czuję, żebym do końca pracował, ale wiem, że wykonuję wręcz tytaniczną pracę. Ciężko się od swoich myśli uwolnić, dlatego pojawiły się misje tybetańskie i medytacja.
Praktykujesz?
Dużo mówić, że praktykuję, i że to buddyzm. Staram się być uważnym na to, co mnie męczy i resetuje. Dbam o głowę i o higienę życia, a reszta jest dosyć normalna: obcowanie z dźwiękami, pisanie tekstów, szukanie inspiracji. Niemniej, jeśli ktoś dałby mi teraz do wypełnienia test z cyklu „jakiego wyznania jestem”, myślę, że wyszedłby po prostu Polak-katolik, dla którego liczy się rodzina i bycie w porządku.
W sumie naturalne, ludzkie cechy, ale często przypisywane tylko religii
W gruncie rzeczy chyba w każdej religii są one na piedestale. Widziałeś film „Heretic”? Dwie dziewczyny chodzą po domach i próbują ludzi zainteresować baptyzmem czy innym odłamem religijnym, i trafiają do domu Hugh Granta. Tam wywiązuje się rozmowa, na temat religii właśnie, i nie wiadomo, czy ten Hugh jest religijny, czy nie, choć wiele wskazuje, że tak. Warto posłuchać tamtej konkluzji nt. siły, jaką mają słowo i wiara (choć można się tego również nie doszukać). Szczerze, – jestem pewien, że nawet film “Barbie” (na który zostałem zaciągnięty siłą) też miał w sobie jakąś głębię. Nie potrafię jej nazwać, ale miałem wrażenie, że zobaczyłem ciekawy film. Ale to po seansie „Heretic”, gdybym mógł, zebrałbym wszystkie religie w jednym budynku, wszedł do niego z jakąś formą broni (może na zasadzie mikrofal albo jakichś innych szalonych wynalazków) i bym to wszystko wyzerował. Wykasował. Powiedział ludziom: „Fajnie by było, gdybyście tego Boga w sobie odnaleźli i byli po prostu okej z innymi”. To oczywiście jest niemożliwe, a nawet gdyby było, to podziały i tak by się wytworzyły. Tak działa natura – człowiek, zwierzęta i wszystko, co nas otacza. Różnimy się, wchodzimy w konflikty, reagujemy.
Szukamy sobie tych konfliktów, wrogów, kogoś, kto będzie naprzeciw
Nie tyle wrogów, co potrzebujemy pokazać, kto jest dowódcą stada. Dlatego życie i tworzenie to jest dla mnie takie fajne never ending story. Zawsze będzie konflikt, co by się nie działo. Świadomość wyzwań, walki, wydaje mi się w sztuce szczególnie wartościowa i ponadczasowa. Najfajniejsze rzeczy – muzycznie czy filmowo – to właśnie takie, które próbują analizować jakieś załamania, dylematy życiowe i tragizm.
Ciągnie Cię do innych sztuk? Filmu? Literatury?
Zdecydowanie! Na „+Piekło+Niebo+” zrobiłem większość klipów. Do tytułowego utworu klip popełniła Wiktoria Podobas, ale wydaje mi się, że gdybym miał więcej czasu, nie goniłaby mnie premiera i wiele innych obowiązków – z chęcią sam bym go zrealizował. Sprawia mi satysfakcję tworzenie i pozostawienie czegoś po sobie. Czegoś, co daje świadectwo tego, kim jestem, jakie jest moje otoczenie i ludzie, którzy myślą w podobny sposób. Nieważne wtedy, czy dotyczy to muzyki. Chciałbym zrobić coś większego, może napisać nawet nie tyle scenariusz, co historię. Przedtem wydam jednak książkę kucharską.
Taką, która będzie się łączyła np. z Twoimi tekstami?
Nie, nie, to będzie zupełnie inna, kulinarna działalność. Moja muzyka może być dla kogoś szokująca czy kontrowersyjna, ale jest przecież wiele osób poza tą moją artystyczną bańką. Tak, tu nawet wydaje mi się, że książka kucharska może być wręcz ocenzurowana.
Masz już jej koncept? Szkice?
Kilka przepisów i pomysł, który przyszedł do mnie w formie wiadomości na fanpage’u: „Przeczytałabym twoją książkę kucharską”. Najpierw pomyślałem: „Haha, dobre sobie”, ale później doszło do mnie, że ma to sens. Potrawy, które proponuję, są niestandardowe, nawet, jeśli dla kogoś powierzchownie obrzydliwe. To naprawdę smaczne i dobre rzeczy, mimo że ludzie ich jakoś nie łączą. Zaczątkiem mojej pasji kucharskiej stało się masło orzechowe, które polubiłem, choć początkowo nie rozumiałem, po co je w ogóle wymyślono.
Ja zawsze smaruję chleb masłem do masła orzechowego!
Prosta sprawa, też tak mam. Jak już wyczerpałem wszystkie możliwości – masło z masłem, to z Nutellą, to pojawiły się powidła, dżemy, twarożki, ale wszystko w słodkim klimacie. Pomyślałem „To jest moment, w którym mogę spróbować połączyć masło orzechowe z jakąś wędliną” albo pójść w słoną stronę. Wpisałem ‘kanapka z masłem orzechowym i wędliną’ w wujka Google i wyskoczyło mi mnóstwo artykułów z nagłówkiem „Tosty Elvisa Presleya”. On ponoć żywił się daniem, które składało się z tostów smażonych na maśle, startego na miazgę banana, masła orzechowego i smażonego bekonu. Pomyślałem sobie „Ok, da się”. Od tego czasu moje zainteresowania poszły na tyle daleko, że czasem dla performensu łączę rzeczy, których sam bym nie połączył. Myślę sobie: „To się nie może udać”, a to się udaje.
Musisz zdążyć przed świętami, bo wtedy takie książki wchodzą najlepiej.
Nie jestem świadom, ile pracy trzeba w nią włożyć, to może być wysiłek wręcz niewyobrażalny (chociaż Remigiusz Mróz pewnie miałby zgoła odmienne zdanie). Kurczę, chciałbym to zrobić. Wiem! Zgłoszę się po rady do zespołu Nagrobki.
Tak, oni mają doświadczenie. Ich książka rozeszła się chyba jak świeże… nagrobki.
Jestem przeszczęśliwy, że i ja wszedłem w jej posiadanie (o niej też zresztą ktoś mi napisał). Kolejna rzecz, która mnie zainspirowała do napisania swojej książki.
Najlepiej robić tak, jak się marzy. Masz plan…
…i czuję się z tego powodu szczęśliwy. Uświadomił mnie w tym chyba najlepszy technik estradowy w Polsce, Marcin Tadeusiak. Świetny człowiek, który jest na wishliście Stinga, kiedy ten przyjeżdża do Polski. Powiedział mi, że jest w Polsce może kilkunastu artystów, którzy bezkompromisowo pozwalają sobie na tworzenie bez kalkulacji, interwencji wytwórni czy managementów. Artystów, którzy mają przy tym swoją publiczność, mogą grać koncerty, wydawać muzykę. Dla mnie to, że ludzie słuchają czy oglądają to, co robię, już jest niebywałe. Może więc książka kucharska też będzie narzędziem, które umili komuś popołudnie, wieczór albo, po prostu, życie?
Jak Nagrobki
Z Nagrobkami wiąże się jeszcze anegdota. Kiedyś bardzo chciałem być posiadaczem czapeczki albo szalika zespołu, ale te gadżety były niedostępne. W końcu pojawiły się na ich Bandcampie, w pakiecie płyta cyfrowa plus ten szalik. Kupiłem i czekam – tydzień, drugi, miesiąc, drugi miesiąc. Finalnie nie wiem, jak długo, ale dostałem w końcu wiadomość od zespołu Nagrobki, typu: „Walusiu, jesteśmy debilami. Pominęliśmy Twoje zamówienie. Tutaj od nas wszystkie dobrodziejstwa, cały merch”. Był tam szalik, winyle, płyty, album Nagrobków. Jeszcze nigdy nie spotkaliśmy się na żywo, a oczywiście znamy swoje dokonania i przynajmniej z mojej strony szanujemy, więc to może być fajne.
Potem wspólna trasa, jak mini-tour z Cool Kids Of Death. Wychyliłeś się wtedy trochę z dotychczasowej szuflady: grałeś w marynarce, inaczej niż wtedy, kiedy byłeś wyluzowanym gościem w czapeczce.
Jest, to znaczy była, ta szuflada. Miałem okres luzu, a teraz mam potrzebę zmiany. Wygodnie czuję się w nowym anturażu, ale też nie wydaje mi się, żeby to ogólnie wiele zmieniało. Szuflady to jednak przekleństwo, dla kogoś, kto ma na koncie… cztery płyty.
[cdn]