Na ponad 20. wewnętrznych (zamkniętych) i zewnętrznych scenach, życie muzyczne toczy się tu w swoim tempie. Z tego powodu festiwalowy clash jest w Ostrawie normą (gdzie nie jest?), a nie wypadkową gustów. Jeśli nie przyjeżdżasz tu wyłącznie dla artystów i ich muzyki, Colours zaoferuje ci przedstawienia teatralne, spotkania dyskusyjne (szczególnie ceniony panel Meltingpot), warsztaty kulturalne, wystawy, spotkania z instytucjami społecznymi, a także strefę dla najmłodszych. Słowem: wszystko, co wychodzi poza standardową turystykę festiwalową, choc może dziś jest jej stałym punktem. Do tego tłum, z którym trzeba się mierzyć w pobliżu dwóch największych scen i alejkach ze strefą gastro i imprezowniami, gdzie dominują karaoke i szybkie konkursy. W najlepszych latach na Colours of Ostrava przyjeżdżało, według oficjalnych statystyk organizatorów, nawet 45 tysięcy osób. W ostatnich ta liczba jest podobna, a co najważniejsze: stała.
Pierwszy dzień
Badanie tegorocznego gruntu zacząłem od popularnego czeskiego duetu Noisy Pots, który wystąpił na niewielkiej Fresh Stage. Ich twórczość stanowi nowoczesne połączenie łagodnej, czasem łamanej elektroniki, z żeńskim wokalem. Wypadli na Colours of Ostrava 2025 zupełnie przyzwoicie. Inaczej odebrałem występ grupy Matt-Felix (scena T-Mobile), idąc na nich za głosem krytyków. Opinie o „przyszłości alt rocka” tego brytyjskiego songwritera okazały się dalece przesadzone, bo Matt, który chętnie odnosi się do przeszłości największych (Serge Gainsbourg, Jacques Higelin), na żywo zabrzmiał jak syntetycznie przetworzony Chris Martin zblendowany z Richardem Ashcroftem. Nijak wypadło przebojowe skądinąd 1917, a też częściej muzycy grali, jakby pogubili po drodze nuty (Change).
Jeszcze nigdy na Colours nie zawiodła mnie Full Moon Stage. Pierwszym koncertem edycji 2025 było eksperymentalne duo z Barcelony, Los Sara Fontan. Fantastyczny set na skrzypce, zanurzone w loopach i efektach dźwiękowych instrumenty klawiszowe oraz perkusjonalia. W ich występie grało właściwie wszystko, co tylko wokół mogło zagrać. Lekkość, z jaką Sara Fontan i Edi Pou przechodzili od awangardowej elektroniki do czystego noise’u, jest iście imponująca (Fats Cobra, Wall-e). Harmonia tej perkusyjnej dzikości Pou w połączeniu z nie mniejszym szaleństwem instrumentów Fontan zbudowała potężne wrażenia. Tak wyglądało pierwsze odkrycie CoO.
Po takim koncercie Mark Ambor mógł wypaść co najwyżej zwyczajnie, choć to oczywiście różnica skali (sceny) i gatunków. Chłopak z gitarą, grający lekki, stadionowy amerykański pop rock, poza dość pewnie prowadzonym głosem i bardzo pogodną sceniczną aparycją, nie miał wiele ponad to do zaoferowania. Set podzielony był między płytę „Rockwood” a premierowe utwory (Tomorrow), które nie zwiastują jakiegoś skrętu w twórczości, ale dla fanów to pewnie dobra wiadomość. Koncert na chwilę.
Shaggy’ego miałem okazję widzieć po raz pierwszy i żałuję, że nie są to lata jego świetności, a raczej odcinanie kuponów od dawnej popularności. Przepadło Oh Carolina, słabo wyszło Boombastic, publiczność rozbujało Angel i In The Summertime (show Shaggy’ego miało tę moc), ale na mnie ta wesołkowatość i nawoływania do zabawy nie zadziałały. Nie pomogło wejście Stinga, na którego osobny koncert najbardziej czekałem. Bo to ważniejszy dla mnie headliner pierwszego dnia.
Sting w wersji 3.0 wywiązał się z roli heade Colours of Ostrava po profesorsku. Uśmiechnięty, ale też czujny, początkowo wydawał się sondować tłum. Może to jednak złudzenie, bo wespół z muzykami – Dominikiem Millerem (gitara) i Chrisem Maasem (perkusja) – na zmianę cofał nas do czasów The Police i solowych. A wszystko zaczęło się od Message in a Bottle i If I Ever Lose My Faith, a potem Fields of Gold z Can’t Stand Losing You. Był Englishman in New York, w części zaśpiewany z Shaggym, co dość naturalnie przerodziło się w Jamaican in NY – tak Shaggy odwzajemnił pojawienie się Stinga podczas jego wcześniejszego występu. Do zestawu dodać trzeba wzruszające Shape of my Heart, Roxanne, zawsze wspaniałe Desert Rose. Niektóre wersje zabrzmiały tego wieczoru z lekko rozbudowaną aranżacją (Wrapped Around Your Finger), albo, jak kończący ten set Fragile, w wersji akustycznej. Świetny występ, który – co szczególnie mnie ucieszyło – nie odbiegał od tradycyjnej setlisty z tej trasy Stinga.
Dzień drugi
Pierwszy niegroźny clash, bo zarówno Puuluup, jak i Rat Kru miałem już sposobność widzieć w akcji. Znacznie bardziej ciekawiła mnie tym razem publiczność na „naszych”. Rzut oka na Puuluup (wszystko na miejscu) i dłuższe zawieszenie na RK. Scena Orlen, choć częściowo skąpana w deszczu, tańczyła w rytmie disco, bawiąc się przy takich szlagierach jak King Bruce Lee Karate Mistrz czy Jesteś lekiem na całe zło. Rat Kru mogliby równie dobrze zagrać o późniejszej porze, a wtedy – jestem pewien – tańczyłoby pół Dolnych Vitkovic.
Skoro o tańcach mowa, kierunek ten kontynuował izraelski duet elektroniczny Shiran & Bakal, który początkowo wydawał się zachęcający, ale przy dłuższym obcowaniu z duetem ich maniera sceniczna nieco męczyła. Na krótko tak, na dłużej – Colours ma inne atrakcje. Oto na głównej scenie Finneas. Aktor, autor tekstów, gitarzysta i piosenkarz, brat Billie Eilish (co może dla niektórych ważne), nagrodzony Oscarem i Złotym Globem, w obu przypadkach za muzykę właśnie. Bo w świecie muzyki to przede wszystkim chłopak z gitarą, celujący między amerykański alt-pop i folk. Młoda festiwalowa publiczność zgotowała mu przemiłe powitanie, a on odwdzięczył się grając głównie materiał z ostatniej płyty „For Cryin’ Out Loud!”. Tylko raz sięgnął do debiutu, z którego wybrał The Kids Are All Dying. W sumie proste i przyjemne piosenki, choć mało w nich prawdziwej artystycznej duszy.
Tę miał za to drugi (na ten moment) z najlepszych koncertów festiwalu – Mabe Fratti. Znowu kłania się niewielka Full Moon, którą gwatemalska wiolonczelistka (z zespołem) po prostu oczarowała. Jeśli tak brzmi współczesna awangarda, to jest to brzmienie najwyższej próby: na podbijaną efektami wiolę, barwny głos, brudną gitarę i perkusję. Utwory takie jak Kravitz czy Oidos, często długie i wielowarstwowe kompozycje, złożyły się na mocno wciągający, hipnotyczny spektakl. Tu też przydałoby się więcej cienia i pustszych przestrzeni, ale cóż… Od Mabe oderwałem się tylko na krótką chwilę, by sprawdzić, jak radzi sobie drugi polski skład tego dnia, czyli How We Met. I co? Rec. Stage nieczęsto miewała tak liczną widownię. Chwytliwe, energetyczne punk popowe melodie, do tego skowerowany Shaggy, skutecznie zadziałały na ostrawską publikę, przez którą wyraźnie przebijał się pierwiastek polski.
c.d.n.
Foto na stronie (materiały organizatorów): Aneta Czarnocka-Kanik, Marek Wilczyński, Ada Kopeć-Pawlikowska, Maciej Kanik, Sobiesław Pawlikowski