Główny punkt tegorocznego Colours, czyli Iggy Pop, na głównej scenie musiał się zmieścić w godzinie. Krótko, zdecydowanie za krótko jak na Iggy’ego, który wciąż stara się trzymać koncertowy pion, a kiedy schodzi do poziomu to robi to wciąż w iście punkowym stylu. Colours-set złożony był głównie z klasyków The Stooges, jak TV Eye. Miał kilka bardziej wyrazistych punktów: I got a Right, znakomicie wykonany Lust For Life, ekstatycznie jak zawsze przyjęty I wanna be your dog. Do tego Some Weird Sin, i już na sam koniec melodyjny Frenzy. Iggy rzadziej był chyba na scenie, niż na jej wybiegu. Głodny kontaktu z publiką, która w większości nie przyjechała tu specjalnie dla niego, ale którą sprawnie zachęcał do zanurzania w gniewną, punk rockową historię. Jednym ze sposobów był rozciągnięty przez ośmioosobowy skład (w tym dwa dęciaki) Passenger. Żałowałem, że nie sięgał do dobrych przecież ostatnich płyt, ale sam z tego faktu ironizował, mówiąc, że nikt dziś nie chce słuchać jego nowej muzyki. Warto to sprawdzić.
Siąpiący na Iggym deszcz zmienił gęstość opadu i już w konkretnych strugach trzeba było słuchać Benin International Musical. Zespół, który do tradycyjnych benijskich śpiewów dorzuca rapowane frazy, a w melodie włącza elektroniczne i gitarowe brzmienia, nawet w takich warunkach rozruszał Orlen Stage. Dla chętnych i młodszych na T-Mobile Stage trwał w tym czasie koncert młodej Nogi Erez. Izraelska artystka wplata w elektroniczne, melodyjne numery bardzo osobiste teksty (Not my Problem), ale mieści w nich też szersze społecznie, pokoleniowe przesłania (Watch the News). Na finisz drugiego dnia Colours of Ostrava Justice, entuzjastycznie przyjmowaniu w tym roku na wszystkich europejskich festiwalach. Ich set był w głównej mierze zmiksowanym przekrojem utworów z różnych albumów, a jako pierwsze zabrzmiało Genesis/Generator/Phantom/Phantom Pt. II. Ciekawy zabieg, a do tego perfekcyjna realizacja, w całości robiły wrażenie. A jednak tak mocne, gęsto dudniące brzmienie, potęgowane przez feerię wizualnych impulsów, były dla mnie za intensywne, bardziej na dobicie, a tego akurat nie potrzebowałem. To był mój drugi festiwalowy koncert Justice i dobrze, że miałem punkt odniesienia, z którego wychodzi constans.
Dzień trzeci
Trzeci dzień Colours stał pod znakiem powrotu na pozycję headlinera Snow Patrol. Grupa wróciła w ubiegłym roku z nową płytą („The Forest Is The Path”) i w Ostrawie przyciągnął przed main stage bardzo liczną publiczność. Festiwalowy set złożyli głównie z najpopularniejszego albumu „Eyes Open” (m.in. You’re All I Have, Shut You Eyes), choć występ zaczęli od Take back the City. Pojawiło się oczywiście doskonałe Chasing Cars, a całość zamknęli sięgając do „Up to Now” – Just Say Yes. Solidnie.
Przez cały dzień na terenie Dolnych Vitkovic panowała już atmosfera bardziej piknikowa. Kolejny dzień festiwalu można było przeznaczyć na więcej odpoczynku. Niekoniecznie przy wesołych Kalush Orchestra, czy Alvaro Solerze (wybitnie dla wybranych), ale można było bliżej poznać scenę lokalną, co zawsze przynosi jakieś ciekawostki. Dla mnie takimi były trzy czeskie składy: indierockowy More Dni, psychopopowy, a miejscami nawet garażowy Island Mint, oraz electro-dreampopowy duet SJU, prowadzony przez Zuzanę Smatanovą. Czekałem na koncert Mari Kalkun, która występuje rzadko (to był ledwie jej trzeci koncert zaplanowany na 2025!) i jej śpiewny, estoński folk, wypadł fantastycznie. Mari wie, jak podać z subtelnością i wdziękiem brzmienia natury i dać im głosu (przeważały piosenki ze „Stories of Stonia”). Heartworms, czyli diabelsko czarująca Jojo Orme z zespołem, idealnie wpasowali się w Full Moon. Ileż w nich energii i temperamentu! W przypadku Heartworms dominowała płyta „Glutton for Punishment”, czyli smacznie przyrządzony koktajl post-punka i gotycko brzmiącego noise’u. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję ich zobaczyć na żywo – zróbcie to bez wahania.
Osobnym wydarzeniem trzeciego dnia Colours of Ostrava był występ autora muzyki do „Squid Game” Jung Jaeila z Janáčkova Filharmonie Ostrava na scenie głównej. Podczas festiwalu fani serialu mogli zagrać na żywo w jedną z gier (specjalnie wydzielona strefa i tor robiły wrażenie), a ci, których pochłania muzyka, poczuć nie tylko najbardziej charakterystyczne dźwięki (i obrazy w tle) ze sceny.
Trzy dni na Colours of Ostrava 2025 minęły jak z bicza. Jak zawsze było wszystko, także w warunkach pogodowych, co przetoczyło się przez obszar Dolnych Vitkovic. Niezmiennie cieszy mnie patrzenie, jak wszystkie główne wydarzenia na głównej scenie tłumaczone są na język migowy. Chciałoby się, by było tego więcej. Nie zawodzi klimat, nie zawodzą organizatorzy. Colours of Ostrawa niezmiennie ma w sobie tyle barw, że ich mieszanie daje alternatywę w momencie, gdy nie mamy się w co muzycznie w pełni zaangażować. Kolejna udana edycja zakończona.
Foto na stronie: Aneta Czarnocka-Kanik, Marek Wilczyński, Ada Kopeć-Pawlikowska, Maciej Kanik, Sobiesław Pawlikowski, Marek Koprowski