Oznaczony jedynką Drink The Sea może, w zestawieniu z dwójką, wydawać się o jedno tempo wolniejszy. Tak nie jest – słuchanie obu (teraz) płyt przypomina po prostu podróż w dwie strony, choć trudno powiedzieć, która droga jest tą “z”, a które “do” domu. Obie płyty to spójne, poszerzone doświadczenie, które jest udziałem każdego słuchacza w jemu tylko znany sposób. I to w nich jest najpiękniejsze.
Członkowie Drink The Sea skonstruowali ten dwupłytowy album z gamy synkop. Tu żadna faktura nie znajduje powtórzenia, płynąc, a w zasadzie odpływając w dyktowane chwilą kierunki. To tak, jakby oba krążki stanowiły zapis na setkę z sesji kilku zaznajomionych, wyjątkowo świadomych celu muzyków. Petera Bucka (R.E.M.), Barretta Martina (Screaming Trees, Mad Season), Duke’a Garwooda (Mark Lanegan Band), Alaina Johannesa (QOTSA, Puscifer) i Lisette Garcii (Barrett Martin Group).
Na obu albumach nawet kolejność nie ma żadnego znaczenia. Konceptem Drink The Sea wydaje się być zwykłe (sic!) czerpanie przyjemności ze swobodnego chwytania muzyki, w dowolnym jej momencie, a potem jej chwilowego wyciszania (na tych samych zasadach). Ten brak schematów i ścisłej konceptualizacji w następujących po sobie rekordach daje słuchaczowi przywilej nieustannego odkrywania, równy chyba temu, co na bieżąco odkrywali sami muzycy.
Trudno z tej podwójnej całości wyróżnić choćby fragment, nawet jeśli rozpoczynający album(y) Shaking For The Snakes nie jest tak spektakularnym zaproszeniem. Nie musi. Mógłby nim być Saturn Calling, bo jest nośny, a nawet na swój sposób przebojowy, i nie ma w sobie laneganowskiego tonu, jaki przynosi np. Outside Again. W ogóle sporo duchów krąży nad tym albumem, ale łatwo się do nich przyzwyczaić. Tym bardziej, że Drink The Sea potrafią znikąd wprowadzić transowe, kosmiczo-pustynne Tuareg Asteroid, z domagającymi się głosu partiami trąbki, a takim House Of Flowers przypomnieć, jak mogłoby dzisiaj brzmieć Mad Season (wibrafon). To bez wątpienia zasługa składu Drink The Sea, którego muzycy połączyli ze sobą patenty, z jakimi przyszli ze swoich wcześniejszych składów, i zespołowa próba – nomen omen – zespolenia ich w jedno. W zasadzie nie ma też znaczenia, czy na wokalu jest Garwood czy Johannes – śpiew obu przypomina o zakorzenionej stylistyce laneganowskiego Screaming Trees.
Drugi krążek otwiera oparty na bliskowschodnich brzmieniach Sacred Tree, w którym muzycy dają się wyszaleć klarnetowi, a tradycyjna perkusja ustępuje rozbudowanym perkusjonaliom. W ich rytm muzycy powtarzają chóralnie krótki, niemal rytualny tekst, wprowadzając nas w kolejne 47 minut muzyki. W Sweet As A Nut wiodąca gitara wprowadza aurę filmową, za to jazzujące Bembe For Two to kolejna złożona instrumentalnie kompozycja, której rdzeniem jest psychodeliczny, prog-rockowy jazz. Wydaje się, że głośniej nadaje tu wibrafon, że więcej jest rozedrganych strun, ale im dłużej słucham obu albumów, tym moja zdolność do takich podsumowań słabnie. Szczególnie przy wieńczących część drugą przepięknych Meteors, a w szczególności uduchowionym Butterfly.
Nie wiem, czy te płyty wejdą do mainstreamowego kanonu i staną się tym, czym np. „Above” kolektywu Mad Season. Wiem, że wymagają niejednokrotnego zasłuchania, nie mniej istotnego przy powrotach. Te u mnie następują ze zdwojoną częstotliwością, za każdym odsłuchem niosąc po melancholijnym morzu wyobraźni. Zatapiam się z rozkoszą. [9/10]