Kerry King wydał w 2024 roku album „From Hell I Rise”, pierwszy solowy w życiu po Slayerze. Utworów z niego należało się w Krakowie spodziewać, ale pozostawało pytanie: co ponad? W stosunku do setu z Mystic Festivalu, doszedł jeden utwór Slayera, Repentless; tym samym lista slayerowych klasyków dobiła do czterech.
Koncert otworzył puszczony z taśmy Diablo, a żywa grupa Kerry’ego zaczęła od Where I Reign. Zagrała łącznie 9 utworów własnych, a z czasów Slayera, oprócz wspomnianego, dostaliśmy Disciple, Raining Blood i Black Magic. Koncert zamknął utwór tytułowy From Hell I Rise. Co można napisać o koncercie KK? Raz – nie odcina się od ducha Slayera, w czym pomagają towarzyszący mu muzycy: kolega z zespołu – Paul Bostaph, Kyle Sanders (m.in. Skrew), Phil Demmel (m.in. Overkill) i Mark Osegueda (Death Angel). Ten ostatni, na wokalu, wie, jak sprawnie pociągnąć nutę. Sprawa druga: KK to ciągle czysty thrash, na bardzo dobrym technicznie poziomie. Trzy – przy dobrym nagłośnieniu, gdzie wyłapujesz poszczególne instrumenty, muzyka się po prostu broni, nawet jeśli jedynymi super fajerwerkami miałyby być efekty pirotechniczne.
Gojira wyszła na scenę krakowskiej areny kilka minut po 20.30 i od razu wypaliła z Only Pain, ze znakomitej „Magmy”. Ognie, wizuale i atmosfera ogólnego święta – tak zapamiętam to wejście w koncert. Na set złożyła się muzyka z czterech krążków: poza wspomnianym jeszcze „L’enfant sauvage”, „From Mars to Sirius” i ostatniego dotąd studyjnego – „Fortitude”.
Kwartet grał równo, setlista profesjonalnie rozplanowana względem żonglowania klimatem, oprawy pirotechnicznej i technologicznej. Muzycznie – żadnych zbędnych numerów, przestojów czy wypełniaczy. Nawet chwili znudzenia. Do tego kapitalna publiczność, bardzo świadoma tego, po co i dla kogo przybyła do krakowskiej areny. Dlatego trudno nawet wyróżnić numery, na które reagowała żywiej. The Axe, Backbone, Born for One Thing? Nie przeszkadzały latające podczas Flying Whales nad głowami dmuchane wieloryby, bo przez cały koncert nad naszymi głowami przepływały po prostu dziesiątki noszonych na rękach ludzi.
Na From the Sky skład Gojiry poszerzył się o gitarzystę Decapitated, Wacława “Vogg” Kiełtykę. Bardzo miły gest, choć mam wrażenie, że nie w pełni doceniony. Wyjątkowo gorąco przyjęty został Mea Culpa, jakby nim grupa wzięła nas z zaskoczenia. Główną część koncertu zamknęła świetnie poprowadzona, pochodzącą z „Fortitude” Amazonia.
Patrząc na temperaturę koncertu, encore wydawał się zbyteczny. Może lepiej, jak np. Foo Fighters, odegrać to, co się ma do odegrania i oddech wziąć już po koncercie. Choć OK, w przypadku Gojiry można wziąć pod uwagę zdrowie szczególnie lubianego Mario Duplantiera – perkusisty, którego tempo gry (ech, ta podwójna stopa) to nieustanna salwa uderzeniowa. Nie bacząc na to – na umowny bis muzycy Gojiry wrócili z dwoma numerami z „L’enfant sauvage” – tytułowym na początek, i wieńczącym wieczór The Gift of Guilt. Między nimi Joe Duplantier wspomniał ostatni koncert Black Sabbath i zapowiedział utwór w hołdzie Ozzy’emu Osbournowi. To Under the Sun / Every Day Comes and Goes, którego ładunek poruszyłby ostatniego mruka w arenie.
Gojira stała się zespołem, który już dawno ustawił swój status w muzyce metalowej. Imponuje swoboda grania, która wynika u nich z twardego rzemiosła. Bez ściem, za to w szczerej radości z łomotania na żywo i z bardzo świadomą, zaangażowaną publiką. Tauron Arena nie pękała może w szwach, ale frekwencja była naprawdę solidna. To wystawia wydarzeniu najlepsze świadectwo. Gojira są w formie, są na szczycie. Dobrze było przekonać się, że (i dlaczego) nadal pozostają.
Polski koncert Gojiry i zespołu Kerry’ego Kinga organizował Knock Out Production.
zdj. Grzegorz Drabik