Rzeczy, które zostały ze mną po kolejnych odsłuchach „Kisses to Chaos”, to zwielokrotnione melodie, większa przestrzeń dla instrumentów, częstszy śpiew Izy i łatwiejsze przebijanie ścian dźwiękowych. Łatwiejsze nie oznacza lekkie. Izzy pozostają zespołem rytmicznie drapiącym strunami, a tam, gdzie trzeba, silniej przybrudzającym brzmienie. Mają świadomość ewolucji i głębokości warstw muzyki ze znakiem „alt”. To wystarcza, bo rewolucje Izzy & The Black Trees mają za sobą, mogli więc sobie pozwolić na popuszczenie artystycznej jaźni.
Jeśli wprowadzenie ma być hitchcockowskie, to o takie właśnie zadbali. Escape from the liberty cinema brzmi trochę jak próba dźwięku, jak wyciąganie melodii ze zgrzytających płóz kołyski. Po trzech minutach pada pierwsze słowo, tytułowa fraza, i choć śpiewająca Iza to nie nowość, w takim “filmowym” wykonaniu raczej rzadkość. Zapowiedź, a może już wprost wyznaczenie tajemniczego, psycho noize’owego kierunku? „We couldn’t ask for more”. Naprawdę.
Z marszu wchodzimy w buty starego dobrego Izzy (This Land Is Ours), który szybko staje się moim ulubionym fragmentem albumu (a jak działa na żywo!). Fragment płyty, który wokalnie przypomina mi Patti Smith, nadal zachowuje typową dla zespołu gitarową drapieżność.
Numer trzy, Functonal Freeze, oparty jest o zestaw opatentowanych już aranżacji. To sprawia, że jeszcze bardziej jestem w domu, choć Izzy nieco jego wnętrze przearanżowali. Bez szarż. Post Apocalypse i Two Sides to takie Dry Cleaning na lekkim speedzie (Post) i w tempie pod wokal (Two). Wystarczy posłuchać tych melodyjnie zaaranżowanych partii gitar i przejść pomiędzy kolejnymi riffami. Dwa mocne punkty, które zmiatają ze scenicznej planszy. Idealne sceniczne – jak to się mówi – bangery, choć nie cierpię tego określenia. Podśpiewuje więc ciągłe „I call, I call…”, a potem wyliczam „Four things, three lines, two sides, one thing”.
W Marseille Izzy leciutko zaciągają hamulec ręczny, a tonujący głos Mariusza Dojsa pod koniec dodaje mu osobliwej dość melancholii. Miarowy Butch Vig, podśpiewane i prowadzone basem (instrumentalnie) Spring Time Rush, a po nim nośne Restless Nights, z którego przebija spóźnione „I hope you’re gonna come with me”. Ciekawe, jak koncepcyjnie przemeblowaliby płytę, gdyby tym utworem ją otwierali. Tymczasem znajduję się pod koniec albumu, stojąc przed obliczem łagodnego noise’u pod znaku Sonic Youth (Endless Seas) i szarpanego jak emocje szaleńca Stalkera. W tym ostatnim wszystko, włącznie z wokalem, jest przesterowane i zniekształcone, zgodnie chyba z samym tekstem.
Stalkerem Izzy and The Black Trees zamykają wyśmienity album. Leciutko tylko wychodzący poza 40 minut gitarowych melodii, które podkręcają krzyk i nawoływania Izy. Oprócz nieco podrasowanego brzmienia, „Kisses to Chaos” jest świadectwem bardzo kunsztownego brzmienia muzyków, co stanowi dziś o ich zespołowym DNA. Na tym etapie nie wiadomo, dokąd powiedzie nas rockowy instynkt zespołu, i to jest w tym najpiękniejsze. Po takiej płycie można spokojnie zamknąć oczy i dać się im poprowadzić, z długim pocałunkiem na dobranoc.
A odpowiadając sobie na początkowe pytanie – tak, najlepszą.