Ścieżka dźwiękowa do pierwszego „Predatora” uważana jest za jeden z ważniejszych punktów w kompozytorskiej karierze Alana Silvestri. Muzyk zdobył za nią główne nagrody Saturn oraz BMI Film & TV Award.
Choć komponował już podkłady pod obrazy filmowe w latach 70, największą sławę przyniosły mu produkcje kolejnej dekady. To wtedy powstała muzyka do „Powrotu do przyszłości”, „Oka kota” (na podstawie Stephena Kinga), „Kto wrobił Królika Rogera?” czy „Bez litości”. Choć poprzeczka była wysoko, w latach 90. Silvestri dopiero się rozkręcał, zyskując miano jednego z najlepszych i najpłodniejszych twórców muzyki filmowej w popkulturze. W ostatniej dekadzie XX wieku rozpisał ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak „Bodyguard”, „Ze śmiercią jej do twarzy”, „Judgment Night”, „Forrest Gump” czy „Kontakt”. Utrzymał częstą współpracę z Robertem Zemeckisem, tworzył bez względu na gatunek, z jakim miał się mierzyć. Wystarczy powiedzieć, że wspomnianą dekadę otwierał muzyką do „Powrotu do przyszłości III”, drugich „Młodych Strzelb” i wyreżyserowanego przez Stephena Hopkinsa drugiego „Predatora”.
Alan Silvestri skomponował lub współkomponował muzykę do blisko 140. obrazów filmowych (krótkich metraży i fabuł) oraz gier. Jego drogi z Predatorem przecięły się właśnie w świecie gier, a także w „Predators” (2010) i „The Predator” (2018). Nie była to już jednak ścieżka dźwiękowa, a wykorzystanie jego motywu. Tego nie ma już w najnowszym franczyzowym dziecku serii – „Predator: Strefa zagrożenia” („Badlands”). Filmie innym podobnie jak wcześniejszy „Prey” – oba wyreżyserował Dan Trachtenberg, oba opowiadają historie Predatorów w odległych od siebie światach. Ekranowych.
Tym razem za całą ścieżkę dźwiękową odpowiedzialni są Sarah Schachner i Benjamin Wallfisch. Schachner, który w dużej mierze znany jest ze świata gier, był już odpowiedzialny za muzykę do „Prey”. Kompozycje Wallfisha możemy usłyszeć w „Predator: Killer of Killers” (animacja) i „Alien” Romulus”, czy serialu „It: Welcome to Derry”. Tym razem reżyser nie chciał sięgać do „predatorowej” spuścizny Silvestriego, wykorzystał więc doświadczenia obu kompozytorów z filmowym drapieżcą. Było to ważne, bo efektem miało być złączenie dźwięków z przedstawioną na ekranie kulturą Yautja.
To, co zostało utrzymane, to synchronizacja muzyki z bohaterem. I w tym wymiarze muzyka w nowym „Predator: Badlands”, harmonizująca wyróżniającymi się perkusjonaliami i dudnieniem bębnów z językiem Yautja, wypada smakowicie. Dzięki temu gładsze (mniej krwi), ale wciąż dynamiczne sceny, zyskują przyspieszenia i drugiego, samodzielnie pulsującego wymiaru. Można w tym zauważyć staranne dobranie momentów użycia dźwięków, uderzeń, uderzającego (nomen omen) przeszywania momentów zawahań i ciszy. Słowem – większego nacisku na detale. Z jednej strony dostajemy głęboko osadzoną w kosmicznej dżungli ścieżkę, z drugiej – tak samo pogłębione brzmienia orkiestry (muzykę zarejestrowała Sydney Scoring Orchestra). Nie ma tu miejsca na zbędne brzmienia – w końcu na wrogiej planecie trzeba mieć słuch i wzrok bardzo dobrze wyostrzone.
„Predator: Badlands” w sferze artystycznej to kino bliższe typowemu sci-fi, niż wcześniejszym produkcjom z drapieżcami. Nie epatuje brutalnością, a bezwzględność ma w nim doprawdy różne oblicza. Co ważne, postać samego Predatora (Yautja) to nowy rozdział (wymiar) w sadze o kosmicznych drapieżcach, w którym, póki co, nie ma miejsca dla ludzi. Przynajmniej na ekranie. Czy w tę samą, zmechanizowaną stronę, poprowadzi ścieżka dźwiękowa kolejnej odsłony Predatora? Taka na pewno będzie.
Tymczasem cieszmy się filmem „Badlands”, bo to świetne widowisko. Od niedawna dostępne na nośnikach (blu-ray i dvd), więc zanim trafi do streamingu można już uzupełnić kolekcję własnego kina domowego. W Polsce dystrybuuje je Galapagos.