Płytę promował tytułowy, otwierający Voidhopper. Preludium, na które składa się zestaw ciężkich riffów, idealnie nadających się do prowadzenia (nie tylko) kosmicznymi bezdrożami. W którą stronę? Odpowiedzi jeszcze brak, choć rzut oka na komiksowego bohatera (płytę uzupełnia 42-stronicowy komiks „Ghoran. The Astronaut”) może być wskazówką. Voidhopper to niezły wstęp do bogatego uniwersum, urządzonego ciężką ręka, bez przekombinowania.
Starships jest melodyjny, niemal przebojowy, i w każdej warstwie najbardziej przypomina dokonania Alice In Chains. To jednak nadal ciąg tej samej opowieści, bez której odbiór płyty Octotanker nie byłby pełny. W balladowym All Suffer mamy bardziej okiełznany wokal, nieśmiało wpadające chórki i sporo przestrzennych, psychodelicznych drgań gitar. Szybki faworyt, który praktycznie przechodzi w najdłuższy na płycie Aghori (ponad 7 minut). Gęsty, typowo stonerowy fragment, ale też pierwszy, w którym koncepcja wpada niebezpiecznie w powtórzenia.
Inaczej niż wchodzący mocnym, pulsującym basem I Am Sun. Kolejny głębszy ukłon w stronę pierwszego grunge’u. „Just lay your head and see what’s shining bright. That’s the voice inside”. Jeszcze trochę podkręcający tempo albumu (statku?) Decomposed and Rotten, i tak samo startujący The Source and the River are One. Ten drugi mógł zostać utrzymany w miarodajnym rytmie, jednak Octotanker podrasowali go psychodelicznymi, przełamującymi strukturę partiami. Ciężka ballada (Burning Bodies), z której przenika pytanie „What if we don’t exist in the way we’ve been told”, a po niej – zamykający album – Space Outlaw. Kartka wyrwana z pamiętnika pilota, czy raczej kosmicznego żołnierza. Szybki (jak na cały album) numer, który zostawia za sobą ślad oddalającego się statku. Do następnej, mam nadzieję, płyty.
Octotanker to nie jest zespół, który wam coś obiecuje. Umówmy się: niemal wszystko, co na tym nietypowym debiucie zostało zagrane, już gdzieś słyszeliście. 9 kompozycji, z których wyziera duch AIC, stonerowym czołgiem wjeżdżający gdzieś pod dom Sabbathów, i sporo innych nawiązań, to tygiel, w który przyjemnie jest się jednak zanurzyć. Całość jest materiałem dobrze skonstruowanym, nawet odświeżającym. Nie tylko tęsknotę za brzmieniem początku lat 90.
Płytę można (choć nie od razu) oderwać (fizycznie) od komiksu autorstwa Tomasza Krymskiego i Kamila Boettchera, albowiem stanowi on uzupełnienie otwartych w tekstach miejsc. Świetny pomysł na synergię wychodzącą poza lirykę z dźwiękiem. Warto zatem jednocześnie słuchać i obserwować rysunkowe uniwersum wokół planety Anthill. Część nagrań broni się jednak poza samym konceptem, ale ciężar niektórych najlepiej znosi się w połączeniu. Spróbujcie obu dróg, a na pewno nie pożałujecie.