Relacja Patrycji Drabik
Zanim koncerty, na wejściu powitały nas ogromne kolejki – zarówno do wejścia na płytę hali, jak i po merch. Nikt nie pilnował tłumu, więc ten rozszerzał się niekontrolowanie, by ostatecznie kazać czekać ludziom niekiedy nawet dwie godziny.
Pierwszym supportem była grupa Drug Church, muzycznie i tonalnie mocno zbliżona do Deftones. Ze swojej najnowszej płyty „PRUDE” z 2024 r. grupa zagrała trzy mocne numery, które całkiem dobrze rozruszały publiczność – Demolition Man, Slide 2 Me oraz Myopic. Wokalista zachęcał publikę do skakania i crowdsurfingu, a w secie wybrzmiały jeszcze m.in. Fun’s Over czy Million Miles of Fun z wcześniejszego albumu „Hygiene”.
Drugi na scenę wszedł Denzel Curry, który wprowadził kompletnie inny, dziki klimat. Raper od początku trzymał publikę w garści i dyrygował nią, jak tylko chciał. W trakcie występu najczęściej sięgał po album „King of the Mischievous South, Vol. 2”, z którego wykonał aż sześć utworów: Black Flag Freestyle, G’Z Up, Hit The Floor, Hot One, Sked oraz Still In The Paint. Z każdą kolejną piosenką publika zdawała się wyrzucać z siebie coraz nowsze pokłady energii, ale ostatecznie raper musiał ustąpić miejsca gwieździe wieczoru.
Deftones rozpoczęli set kultowym Be Quiet and Drive (Far Away) i już przy nim publiczność kompletnie oszalała. Rzędy najbliżej sceny zaczęły poruszać się niczym dzikie fale oceanu, a ludzie walczyli o przetrwanie w tłumie gorących ciał, spoconych włosów i rozwrzeszczanych gardeł. Bliżej środka płyty zrobiło się pokaźne pogo, a pod sceną skakali niemalże wszyscy.
Zespół ciekawie rozłożył utwory na trasę, niemal po równo przeplatając stare z nowymi. Jako kolejne wybrzmiały locked club i ecdysis z najnowszego krążka, oba przyjęte entuzjastycznie. Ku zdziwieniu starych fanów, w tłumie widać było dużo młodych ludzi śpiewających słowo w słowo wiele klasyków i nowości (wyraźny efekt Tik Toka i virali z udziałem zespołu). Potem przyszła pora na „Diamond Eyes”, z której usłyszeliśmy tytułowy utwór (przyozdobiony w tle deszczem wielkich cyfrowych diamentów) oraz Rocket Skates. Deftones wytrawnie manipulowali tu szybkością, odpowiednio przyspieszając w refrenach, by zwalniać na zwrotki.
Od początku koncertu każdej piosence towarzyszyły piękne wizuale w postaci różnych wideo i animacji, dopasowane do tekstu lub klimatu utworu. Zamontowane nad sceną wąskie, ruchome ekrany harmonizowały się z największym, z tyłu, dopełniając tym wizualnej części występu. Na tych mniejszych momentami można było dostrzec Chino, a efekt przypominał stare teledyski puszczane w MTV. Wszystko dzięki dwóm kamerom jeżdżącym przed sceną, które rzucały obrazy na ekrany. Na wizualach przewijali się więc zarówno członkowie zespołu, jak i momentami szalejąca publiczność.
Deftones dobrze wyważyli tempo całego koncertu, przeplatając utwory energetyczne spokojniejszymi, by dać publice złapać oddech. Tak było, gdy zagrali souvenir, na którym cała płyta zastygła (niestety z telefonami w rękach) i podziwiała Chino na podeście, by po chwili dostać z zaskoczenia ciosem w postaci my mind is a mountain. W tle nawiązywania do Matrixa, czyli po dwóch stronach ekranu niebieskie i czerwone balony, a potem płonąca żywym ogniem tablica Mendelejewa. W tym wszystkim skacząca od dawna w jednym rytmie publika.
Podczas Lhabia i Rosemary znów na chwilę „zwolniliśmy”. To utwory, które momentami kołysały ogromny tłum, by w szybszych momentach podświadomie motywować do skakania i przepychania się. Nieważne zresztą, jak spokojna byłaby piosenka, by to robić. W trakcie całego występu pierwsze rzędy przemieszczały się jak żywa masa, zamieniając się miejscami i walcząc o haust świeżego powietrza, które docierało w najmniej spodziewanym momencie. cut hands i infinite source pozwoliły trochę przyspieszyć, zostając jednak w sennym uścisku. Widać było, że Chino i zespół bawią się równie dobrze jak publika. On sam przechadzając się po scenie, dreptając po schodkach czy skacząc z podestów, dużo się uśmiechał, odmachiwał osobom z tłumu, wkładając w te reakcje maksimum emocji.
Przy Sextape publika znów zamarła, wsłuchując się w kojący głos Chino świetnie zgrany z wyświetlanymi w tle ogromnymi falami. Niejedna osoba się przy tym wzruszyła. Na Hole in the Earth wspólnie zaśpiewaliśmy frazę z refrenu, wpatrując się w ogromną cyfrową kulę ziemską, a gdy ujrzeliśmy wielki czerwony ekran i ktoś w tłumie krzyknął „Zmienia gitarę, teraz będzie Change!”. Czy wiedzieliśmy, że za chwilę opadną nam szczęki? Chino stanął na najwyższym stopniu z gitarą i zaczęło się Change (In the House of Flies), a w tle powoli wschodziło cyfrowe słońce, które pod koniec piosenki wszystkich już obejmowało światłem. To był moment, który zjednoczył nas wszystkich i pozwolił w pełni zatopić się w chwili. Deftones zagrali jeszcze Genesis z „Ohms”, a potem znów doprowadzili wszystkich do dzikiego szaleństwa przy ostatnim – milk of the madonna, którego refren za każdym razem zmieniał tłum w ocean szalejących ciał. Dało się wyczuć, że ludziom wciąż było mało skakania.
Gdy myśleliśmy, że to koniec, zespół powrócił na bis i zagrał piękne Cherry Waves, kultowe My Own Summer (Shove It), podczas którego z tysięcy gardeł wydobywało się „Shove it, shove it, shove it!”. Na faktyczne zakończenie Deftones uraczyli nas utworem 7 Words z pierwszej płyty. Do niego na scenie dołączył do zespołu Kacper, który od połowy koncertu trzymał transparent z prośbą o wspólne granie. Chino zawołał go więc na scenę, chłopak chwycił gitarę i wykonali razem całą piosenkę.
Po niespełna 90-minutowym występie czuliśmy niedosyt, choć nie można odmówić zespołowi magii i energii, jaką zaprezentowali na scenie. Pod kątem tempa i emocji koncert był naprawdę dobrze wyważony, a patrząc na dyskografię i dobór utworów zespołu widać, że Deftones starali się zadowolić zarówno starszych, jak i nowszych fanów. Wyszło im naprawdę znakomicie. Mam nadzieję, że na kolejną wizytę nie będziemy musieli czekać następnej dekady!
Tekst: Patrycja Drabik
Zdjęcia: Grzegorz Drabik