Bajecznie się zaczęło, a dokładnie od Marszu Wilków, i był to prawdziwy szturm wycelowany wprost w naszą nostalgię. Nie po raz pierwszy tego wieczoru, ale taki przecież był zamysł koncertu TSA Dream Team. Mimo, że oczekiwaliśmy samych mocnych klasyków – w końcu to jedyny koncert grupy w tym roku, ale Marek Piekarczyk wie, że z repertuaru grupy wyciągnąć można wiele więcej i na luzie podać głodnej jak wilki publice. Wystarczy pogrzebać.
Maratończyk, Na co Cię stać, Jestem głodny – od „Heavy Metal World”, albumy „TSA” i „Rock’n’Roll”. TSA Dream Team prezentowali wszystko, co w przebojowym i przekrojowym zestawie powinno się znaleźć. Były więc Mass media, był Alien, 51 i Heavy Metal Świat. Prawie każdy utwór poprzedzony dygresją lub komentarzem Piekarczyka, który uwielbia kontakt, przechodzący czasem w podszczypująco-prowokującą (biorąc pod uwagę polityczną poprawność) dyskusję z publicznością (vide Kocica). Stara się przy tym utrzymać temperaturę „just like the old days”, czyli wie, co robi. I wie co śpiewa, a właściwie jak, bo niewielu mamy i mieliśmy w Polsce wokalistów, którzy tak wyraziście potrafią operować mocnym, wydaje się – niezniszczalnym głosem.
Podstawowy set zakończył TSA Rock, ale grupa wróciła jeszcze na chwilę, na Trzy zapałki. Jeden z hymnów, muzycznych symboli heavy metalu (i nie tylko) lat 80.
Jako TSA Dream Team muzycy grają od 2021 roku, kiedy reaktywowali się jeszcze z Andrzejem Nowakiem. Po jego śmierci pozostali muzycy (Marek Piekarczyk, Stefan Machel, Paweł Mąciwoda, Zbigniew Kraszewski) postanowili pozostać w składzie i kontynuować tryumfalny, choć nie tak częsty marsz przez muzyczne sceny. Krakowski koncert pokazał, że wszyscy znakomitymi instrumentalistami są, i że na żywo zdają się tylko młodnieć. Przede wszystkim zaś, że mają godne pozazdroszczenia pokłady energii, którymi napędzają set. Przy znakomicie nagłośnionym Klubie Studio, muzycy TSA podnoszą poziom gry o kolejny stopień wyżej. Tak wygląda profesjonalizm. Tak gra Dream Team.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że grupę supportował sosnowiecki Post Profession. Muzycznie bardzo udanie (Anioł, Seven Rivers), choć to mocniejsze od heavymetalowego brzmienie. Przydałby się tu nieco głębszy wokal, który lepiej komponowałby się z ciężką stylistyką.
Zdjęcia na stronie: Alicja Miękina / Klub Studio