„Voices of Human Consciousness” jest nawet nie tyle dialogiem, co grupową sesją kulturową, w której tylko formalnie ktoś przewodzi (Dorota Piotrowska). Dziesięć kompozycji składa się na sekwencje estetyk i wrażliwości, a tym, co godne podziwu, to zbalansowanie tego wszystkiego. Wszyscy zaproszeni współgrają na tym albumie na równych zasadach, nie tracąc równowagi własnej i pozostając w uwadze na siebie nawzajem.
Na płycie, obok nadającej perkusją tempa Piotrowskiej i amerykańskiego saksofonisty Grega Osby’ego, słychać: norweską trębaczkę Hildegunn Øiseth, amerykańskiego kontrabasistę Ameena Saleema, libańskiego pianistę Tareka Yamaniego, kubańskiego multiinstrumentalistę Barbaro Crespo „Machito”. Obok nich, reżyserce „Voices” towarzyszy turecka wokalistka, kompozytorka i wiolonczelistka Sanem Kalfa, pianista Leszek Możdżer, altowiolistka Marlena Grodzicka-Myślak oraz wiolonczelista Jakub Myślak. I choć na albumie podpisani są główni aktorzy poszczególnych kompozycji, w każdej z nich głos pozostałych włączonych doń muzyków wybrzmiewa równie intensywnie.
Słychać na albumie i lekkość nu-jazzu, skandynawskiej odmiany gatunku, jest sporo dźwięków natury i solidny podkład klasycznej improwizacji. Zdają się na niej przeważać stonowane kompozycje (Cambria), rozwijane pod dyktando głównych muzyków, choć nie w artystycznej dyktaturze. W niektórych tylko fragmentach płyty muzycy pozwalają sobie i na większą swobodę, jak w Saba H2O, w którym dodatkowo nagle na czoło wysuwają się motywy orientalistyczne i klaskanie. To w nim główna reżyserka pozwala gościom na dłuższe improwizacje (Tarek Yamani). Nie jest to jednak jednostronne przeciążenie, nad całością unosi się bowiem duch równowagi i współbrzmienia. Trudno było zresztą oczekiwać radykalnych brzmień czy indywidualnych, artystycznych wiraży, choć kilka kompozycji delikatnie się o nie ociera (Cyrille in Motian). Może nawet symbolicznie.
Szczególnie urzekają takie kompozycje jak wolno spadający, oniryczny Lost&Found, wzbogacony bawolim rogiem Hildegunn. Kiedy w czterech utworach dociera do nas głos Sanem Kalfy, kompozycje zyskują z kolei niespodziewanego, drugiego tła. Jeśli trzeba, tempo płyty jest podkręcane, jak w swobodnym Upon czy przywodzącej na myśl polskie obrazy filmowe Psychomachii. To przykład znakomicie zharmonizowanej kompozycji na perkusję, kontrabas i fortepian, w której role instrumentalne są wyraźnie rozpisane. Na uwagę zasługują te intrygujące aranżacje (Lothorien), w którym instrumenty raczej się zazębiają, niż prowadzą tradycyjny dialog. Ten poprowadzony jest w bodaj jedynym utworze, w którym wszyscy się spotykają – Spark – który mimo otwartej dla gości przestrzeni na improwizacje nie jest przeładowany. Nic tu zresztą nie jest „ponad” i za to najgłebszy ukłon. Dla wszystkich, którzy na „Voices” się zmieścili z szerokim potraktowaniem jazzu, umiejętnością odnalezienia wspólnego języka, co w muzyce i tak szerokim jest wymagające. Tym bardziej, że mówimy tu o języku wielu kultur.
Płytę zamykają dwie kompozycje samej Doroty Piotrowskiej – Circle, w których oprócz dłuższego śpiewu pojawia się altówka (Marlena Grodzicka Myślak). Po stosunkowo dynamicznym środku albumu, w którym jedną z ważniejszych ról odgrywają conga Barbaro Crespo i dodatkowe perkusjonalia, w dwóch ostatnich dostajemy chwilę wytchnienia i melodycznego, balladowego uporządkowania. W ten sposób można się przygotować do powrotu, bo nie warto tej płyty zostawiać po jednym tylko przesłuchaniu. Za dobra jest.