Trzymając się chronologii zdarzeń: ostatni dzień na zagrzebskim festiwalu rozpoczął występ stereosister. Z oddali posłuchaliśmy Bhukhurah, a potem, na Main Stage, weszli The Murder Capital. Grupa zaczęła z lekkim dystansem, ale z każdą minutą, systematycznie go skracała. Zrobiła to już praktycznie w trakcie drugiego More Is Less (z „When I Have Fears”). Zabrzmiał praktycznie cały album „Blindness” (świetne The Fall od razu, na początek), a pod koniec mój ukochany Ethel. Znakomicie zagrało A Distant Life, potężne wrażenie zostawił zamykający ich set Words Lost Meaning. TCM grali równo, bez słabszych i lepszych momentów, i podkreślić trzeba, że był to kolejny na INmusic występ z przesłaniem, z silnie pro-palestyńskim akcentem. Mocny kandydat do powtórzenia na żywo.
Po The Murder Capital na World Stage rozsiadł się kwartet Dunije i mogliśmy wejść w świat chorwackiego folkloru, widziany z odrobinę uwspółcześnionej strony. Pogodny i pełen fajnej wrażliwości występ, którego istotą nie było czyste, ale szczere granie. Z małymi problemami technicznymi. Z koncertu Dunije mieliśmy pójść na The Pills, ale trudne warunki pogodowe spowodowały przesunięcie w lineupie Hidden Stage. Względy bezpieczeństwa i komfortu użytkowników – przede wszystkim, choć dla nas ze szkodą. Kolejnych dwóch koncertów na Main Stage nie mogliśmy okroić z czasu. Pierwszym była St. Vincent…
Umowny żal, jaki można mieć, to długość koncertu, bo mając zaplanowane 75 minut Annie Clark zużyła ich tylko 60. Zrzucam go (znowu) na karb niemal stojącego w miejscu gorącego powietrza. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że St. Vincent jest kulą niewyczerpanej energii. Scenicznym zwierzęciem, które zeszło na chwilę do nas, w tłum, żeby pokazać, kto w tej muzycznej dżungli króluje.
Zaczęła od Reckless, z ostatniego krążka „All Born Screaming”, który przeszedł w Fear The Future i Los Angeles (to z „MASSEDUCTION”). Annie tańczyła, Annie prowokowała, Annie grała i cudnie prowadził swój wokal. Zaskoczyło mnie Birth In Reverse, Pay Your Way in Pain, przejechało po mnie Cheerleader. Cała koordynacja była tak doskonała, teatralnie zmysłowa, że tworzyła jeden zwarty obraz, który obezwładniał i nie puszczał. A musiał, bo po Sugarboy przyszło All Born Screaming, i scena opustoszała. Zostaliśmy z jakąś chwilową dziurą w dostawie energii.
Mogliśmy więc wcześniej przyjść pod World Stage na Foster The People, którzy – chyba jednak ku lekkiemu zaskoczeniu – zgromadzili niemały tłum. Fakt, że trochę pechowo przypadli na czas przed Massive Attack, rekompensowali widowni na wszelkie sposoby. Mnie ucieszył zagrany szybko Lost in Space, z ostatniej „Paradise State Of Mind”, choć grupa wyraźnie postawiła na czasy popularności spod znaku płyty „Torches” (Helena Beat, Houdini). Wiem, że Pumped Up Kicks przygotowane mają zawsze na koniec, ale ja już w tym czasie grzałem swój kawałek trawnika dla Massive Attack.
Massive Attack widziałem nie raz. Od pierwszego koncertu w warszawskim klubie Planeta, po festiwalowe sety. Także te, w których zespół nawiązywał hasłami na telebimie do bieżącej sytuacji politycznej w kraju, w którym aktualnie grał (pamiętacie hasła antypisowskie i „wolne sądy”?). Grupa nie raz wypowiadała się i w kwestiach zmian społecznych, klimatu czy polityki właśnie. Na tegorocznej trasie dołożyli jeszcze bardziej dosadne i mocne wizualizacje, oraz liczby, które nie zostawiają obojętnymi. Dla mnie jednak tegoroczna trasa Massive Attack stoi pod znakiem Elisabeth Fraser, która zasila wokalnie tę machinę i pozwala usłyszeć pełne wykonania ważnych utworów.
Na początku usłyszeliśmy cover, co nie jest u MA oczywiste (In My Mind Gigi D’Agostino), ale dosłownie po chwili byliśmy już w ich świecie. Potężne Risingson, Girl I Love You, czyli witamy Horace’a Andy’ego. 74-letni Andy wszedł na scenę niespiesznie i przez pół piosenki musiał odganiać się od owadów, które o tej porze nad Jarun potrafią być uciążliwe. Nie dał się jednak wytrącić z pulsującego rytmu, inaczej niż ja, kiedy Robert Del Naja zapowiedział Elisabeth Fraser. Już przy Black Milk ledwie ustałem emocje, a okazało się, że musiałem ustać jeszcze Song to the Siren Buckleya, Group Four, i wieńczące spektakl Teardrop. Zaskoczyło mnie, że Elisabeth zmieniała nieco sposób zaśpiewu, czym tylko pokazała, w jak doskonałej jest wciąż formie wokalnej. I jak bardzo nam jej w muzyce brakuje. Safe From Harm i przywitane gradem oklasków Unfinished Sympathy zaśpiewała Deborah Miller. Oprócz stałego programu (Angel, Inertia Creep), Massive sięgnęli tego wieczoru po piosenkę Ultravox (ROckwrok) i Aviciiego (Levels). Stałe było jedno: przesłanie pokoju, społeczno-polityczny manifest, sprzeciw wobec działań wojennych, antyekologicznych. Przez cały set mieniły się przed oczami hasła, cytaty, zdjęcia, przelatywały dane i statystyki. Niby tę formę już u MA widzieliśmy, ale w obecnych czasach ich występ miał zdwojoną siłę rażenia. Ekscytujący na wielu poziomach.
Co robić po tak wstrząsającym i emocjonującym koncercie? Została chęć, by zaszyć się gdzieś i próbować okiełznać myśli. Na Hidden Stage program tego dnia zupełnie się posypał – głównie z winy pogody, która nie chciała współpracować z techniką. Wiele osób weszło w świat silent disco, nowofalowych dyskotek, video-imprezy w wieży Tesli, leśnego party. Wysepka, choć w sumie niewielka, ma odpowiedź na każdą potrzebę, po każdego rodzaju rozrywce. My zdecydowaliśmy się pożegnać tegoroczny INmusic właśnie tym koncertem.
I najpewniej za rok znowu tu wrócimy…