Spotkanie ze składem Seun Kuti & Egypt 80 nie było tak porywające, jak się zapowiadało. Przeciągające się instrumentalnie utwory (Everything Scatter), próby wciągnięcia publiczności w taniec i angażujące nawoływania zadziałały tylko połowicznie. Trudno zrzucić to na wczesną porę, coś ogólnie tu nie chwyciło. W tle patrzyły na nas twarze czarnoskórych bojowników o wolność i prawa człowieka, ale ani Seun, ani jego sekcja dęta i uzupełniająca chórki tancerka nie potrafili sprzedać energii widowni.
Chwilę przerwy między koncertami można na wyspie spożytkować na wiele sposobów – od dyskotek, kącików relaksacyjnych, namiotów karaoke, po warsztaty. Można też posiedzieć na brzegu jeziora. Muzycznie w kolejce stało żywiołowe, seulskie trio Sailor Honeymoon (World Stage) oraz założona w Skopje Vagina Corporation (Hidden Stage).
Sailor Honeymoon zaprezentowały bardzo energetyczny, czysto punkowy set, na który złożyły się kawałki z ich jedynego jak dotąd mini-albumu, takie jak Cockroach), Tofu is $1, Bad Apple, i moje ulubione In Dreams. Abi Raymaker (perkusja), Zaeeun Shin (guitarzystka) i Mio Si (bas) pokazały, że nieobce są im też covery, sięgając po I Wanna Be Your Dog The Stooges. Vagina Corporation podczas koncertów skracają dystans między zespołem a publiką. Grają szybko, miejscami bardzo, ale nie tylko agresywnie, łamią bowiem brzmienia wstawkami rodem z krautrocka, przesterowanymi, psychodelicznymi solówkami. Bardzo dobre spotkanie.
Zupełnie inne spotkanie czekało już na głównej scenie, na której pojawiła się pierwsza z dużych gwiazd drugiego dnia. Michael Kiwanuka spełnił się w tej roli jak należy. Z Main Stage płynęły dźwięki bliskie Motown, bardziej klasyczny soul, głównie z „Love&Hate” – od Place I Belong, hitowego One More Night, po Black Man in a White World. Wyjątkowo zabrzmiały utwory z płyty „Kiwanuka”, jak Light, przepięknie wręcz Home Again z debiutanckiej płyty. Praktycznie cały występ Kiwanuki utrzymany był w łagodnym, przyjemnie kołyszącym klimacie, i na jednym, wysokim poziomie. To jeszcze jeden występ artysty z przesłaniem miłości i pokoju. Autentycznym i potrzebnym.
Na chwilę poszedłem sprawdzić, jak wygląda pozycja tria Ki Klop, na którego występ przyszła naprawdę liczna i dobrze zaznajomiona z twórczością grupy publika. Popularny zespół i takie też trochę granie, wyrosłe wprawdzie z alternatywy i miejscami grane w duchu post-punka, ale wyraźnie oparte na melodiach. Raczej przeciętne, choć do słuchania.
Na World Stage tymczasem trzeba się było szykować na krótki, bo zaplanowany ledwie na godzinę, koncert legendy. I nie ma w tym krzty nadużycia, bo Kim Deal, współtworząca przecież amerykańską scenę alternatywną od połowy lat 80., jest do dziś jedną z jej najbardziej znaczących postaci. W ubiegłym roku wydała swój pierwszy, solowy album „Nobody Loves You More”, i od utworu tytułowego właśnie zaczęła.
Dziesięcioosobowy zespół w pierwszej chwili mógł zbić z tropu, ale płyta jest przecież bogata w instrumenty. Nie inaczej musiało być na żywo i tylko w niektórych momentach, kiedy Kim sięgała po swój dawny repertuar, na scenie zostawał czteroosobowy skład. Wyluzowana, bez przerwy uśmiechnięta, Kim Deal doskonale zaplanowała ten set. Coast, Crystal Breath i pierwsza (z pięciu!) wycieczka do The Breeders – No Aloha. Potem mieliśmy jeszcze szansę usłyszeć na żywo Safari, Do You Love Me Now?, Invisible Man i oczywiście Cannonball. Poza nimi? Wesoły cover The Beatles (Happiness Is A Warm Gun), a na zakończenie, z głębokim ukłonem dla najtwardszych fanów, Pixies (Gigantic). Nie policzę, ile razy podczas koncertu Deal moje emocje sięgały wyżyn. Może było to złudne, bo właściwie od pierwszych dźwięków zapadłem się w tę muzykę najgłębiej, jak to możliwe. A Deal z zespołem zagrali wszystko z dużą swobodą i radością, jaką i im dawał ten występ. Tak brzmi najwyższy poziom. U mnie – tak wygląda szczęście.
Z mieszanymi uczuciami poszedłem za to na Kasabian. Grupa zastąpiła niemal w ostatniej chwili Kings Of Leon, ale przecież pod względem przebojowości ich miejsce w popkulturze XXI wieku jest podobne. „Music for the masses” najlepiej chyba określa to, co dowodzona przez Sergio Pizzorno ekipa prezentuje na żywo. Zresztą, już samo wprowadzenie, puszczone z taśmy beatlesowskie Hej Jude, wskazywało, że dostaniemy 90 przebojowych minut. Nie wiedziałem tylko, że będą to wplatane pomiędzy nie próbki Dr. Dre’a, Stardust, Beastie Boys czy Backstreet Boys. Dziwnie to brzmiało, ale że publiczność żywiołowo reagowała – show mogło się wartko toczyć. Był więc przegląd wszystkich płyt zespołu, z hitami Days Are Forgotten, Re-Wired, Vlad The Impaler, czy zagranym na koniec (jakżeby inaczej) Fire. I jeśli chcecie znać atmosferę tego koncertu, wyobraźcie sobie skaczący przy Fire tłum. Niewątpliwie był to koncert, który najsilniej porwał zagrzebską publiczność.
Drugi dzień na INmusic zamykali szaleni Australijczycy z Press Club. Tempo, jakie narzucili, było doprawdy zabójcze, choć zaczęli od dość spokojnego I Am Everything. Co potem? To All The Ones That I Love, znakomite Cancelled (z „Endless Motion”), a pod koniec mój ulubiony Separate Houses (jedyny tego wieczoru z „Wasted Energy”). Gdyby kwartetowi z Melbourne wyłączyć dźwięk, można by odnieść wrażenie, że na scenie głowami macha metalowa kapela. Siódme poty przyjemności, jakie z nas przez godzinę wyciskali, również mogły być tego świadectwem. Doskonałe domknięcie drugiej nocy nad Jarun.