Powracający po pandemicznej przerwie, festiwal producentów muzycznych Soundedit 2021 stał pod znakiem prawdziwych legend: Midge Ure’a i Marca Almonda, a z polskiej sceny - Tomka Lipińskiego. Ten ostatni kończył w łódzkim klubie karierę sceniczną, dwaj pierwsi rozruszali Wytwórnię w jeden (!), piątkowy wieczór. Ure odebrał też od organizatorów specjalną nagrodę Człowieka ze Złotym Uchem.
Marc Almond wystąpił już na Soundedit w 2013 roku, a jego powrót po ośmiu latach (pierwotnie planowany na 2020) potwierdził tylko, jak dobrze artysta czuje się na scenach klubowych. No i łódzka Wytwórnia ponownie okazała się dla niego naturalnym, scenicznym środowiskiem, w którym łatwo udowodnił, w jak doskonałej wciąż jest formie. Pomiędzy hitami, na Soundedit Almond podpromował ostatni album „Chaos and a Dancing Star”, wybierając z niego Chaos, Dreaming of Sea, Hollywood Forever i When the Stars Are Gone. Setlistę otworzył jednym z moich ulubionych przebojów, Tears Run Rings, ale i resztę poskładał, jak dla mnie, koncertowo: od solowych (A Lover Spurned, Sandboy, Stories of Johnny, Child Star), poprzez klasyki Soft Cell (Torch, Bedsitter, Say Hello Wave Goodbye), po żelazny repertuar coverowy. Na ten złożyły się głównie rzeczy oczywiste – The Days of Pearly Spencer, Jacky czy Something Gotten Hold Of My Heart, i zagrany w zestawie bisowym Tainted Love. Występ zamknęła już nieco mniej oczywista piosenka John I’m Only Dancing Davida Bowiego. Almond schodził ze sceny chyba z lekka zdumiony, ale też (zakładam) wzruszony ciepłym przyjęciem. I mógł być, bo tak fantastycznych koncertów nie daje się co dzień.
Podobnie wydawał się odbierać sygnały publiczności Midge Ure, choć jego koncert miał już kompletnie inny charakter. Artysta, któremu towarzyszyła trójka muzyków, oparł setlistę przede wszystkim na najważniejszych utworach z czasów Ultravox. Nie zabrakło zatem evergreenów, na czele z Dancing With Tears In My Eyes, Vienna i All Stood Still. Z albumu „Vienna” Ure wybrał jeszcze Passing Strangers, poza nim sięgnął po No Regrets (Toma Rusha), nieczęsto grany, lecz zawsze świetnie brzmiący, dynamiczny Love’s Great Adventure, czy I Remember. Niewiele dostaliśmy z solowego Ure’a (nie mogło braknąć If I Was), choć mnie najwięcej radości przyniósł Fade to Grey Visage, w którym Midge udzielał się początkowo jako gitarzysta. Teraz wcielił się w rolę dyrygenta, który podkręcał zabawę. Ure, choć przez cały koncert elegancki, na wskroś profesjonalny, mógł nawet wydawać się nieco sztywny, ale z każdą minutą, coraz częściej i więcej, puszczał wesoło oko do bawiącej się publiczności. Jak na Człowieka ze Złotym Uchem, i mikrofonem, przystało.
Obaj artyści udowodnili łódzkiej publice, na czym polega(ła) siła dobrej muzyki w ostatnich dwóch dekadach ubiegłego wieku. I choć rolę gwiazdy wieczoru przejął, z należytym sobie wdziękiem, Marc Almond, to Midge Ure pokazał (a tym samym – uzupełnił) obraz różnorodnej sceny elektropopu lat 80. I last but not least: ukłony dla organizatorów Soundedit, że tak nam – nomen omen – ten wieczór zorganizowali.