Sobota, 26.10.
Smolik / Kev Fox
To moje drugie spotkanie z duetem Smolik/Fox i muszę przyznać, że lepiej wspominam wcześniejsze. Niby wszystko u obu muzyków po staremu, obaj stoją na swoim wysokim artystycznie miejscu, ale w Łodzi czekałem, żeby właśnie poza owo „swoje” na chwilę wyszli. Oczywiście: i Kev Fox, który ma ogromną lekkość w kontakcie z publiką i prowadzeniu wokali, i Andrzej Smolik, władający instrumentami klawiszowymi tak, że spaja muzykę z ludźmi, to doświadczeni, pełnokrwiści artyści, którzy dobrze rozumieją zasady współpracy. Rozumieją sceniczność. Chciałbym jednak, żeby w końcu „palnęli pięścią w stół” i wyszli z tego ułożonego środka, i spotęgować energie, np. przy przebojowym Run czy Promises. Koncerty Smolika z Kevem należą do doświadczeń przyjemnych, ale w Łodzi nie porwali tak wysoko, jak można by polecieć. Zostałem po ich koncercie z uczuciem przyjemnym, ale coś, gdzieś, wołało o większe.
Band On The Run – Live
Drugi koncert soboty, czyli unikalny (w polskiej skali) projekt „Band On The Run – Live”, to hołd złożony zespołowi The Wings i ich płycie, od której oczywiście wziął nazwę. Projekt nie byle jaki, bo złożony z różnych postaci polskiej sceny muzycznej, od Macieja Werka, poprzez Gabę Kulkę, Agatę Karczewską, Keva Foxa, Łukasza Lacha, Marcina Borsa, na Krzysztofie Zalewskim, który dołączył na ostatni utwór – bonusowy Helter Skelter – skończywszy. Zaskakujący to był koncert, którym miejscami udało się naprawdę wskrzesić ducha Cartneyowskiego zespołu, w którym bezapelacyjnie pierwsze skrzypce należały do obu kobiet. Widać było świetne nastroje przy Mrs. Vandebilt, czy świetne czucie w Let Me Roll. A finałowe Nineteen Hundred and Eighty Five mogło rozruszać nieboszczyka. 85 razy. Nawet bardzo krótkie momenty, w których wykonawcy szukali kontaktu na scenie, nie zakłóciły pozytywnej energii tego koncertu. I ja, niebędący przesadnym fanem McCartneya, mogłem się dobrze z nimi pobawić.
Ludzie ze Złotymi Uszami
Wręczenie nagrody Człowieka ze Złotym Uchem zamknięto w tym roku także w obrazach tych wielkich, którzy odeszli. A pożegnaliśmy m. in. Briana Griffina, który w pewnym sensie należał do rodziny Soundedit, goszcząc tu niejednokrotnie. W 2024 roku w trakcie Soundedit nagrodzono: Tadeusza Mieczkowskiego, Chrisa Thomasa i Steve’a Lyona. Pośmiertnie, statuetka dla Czesława Niemena, wręczona została dzień wcześniej.
Nouvelle Vague
Nouvelle Vague widziałem dotychczas dwukrotnie. Oba koncerty były setami festiwalowymi (Colours i Inne Brzmienia), jednak żaden nie zrobił większego wrażenia, oprócz deszczu, który skutecznie je zakłócił w Ostrawie. Tym razem klub Wytwórnia, znakomicie nagłośniony, przeniósł muzykę NV na zupełnie inny poziom. Sprawdziły się oba wokale, znakomicie wypadła wiolonczela, a w efekcie podobać się mogła większość coverów, które pochodziły z ich debiutanckiej płyty. Najlepiej zabrzmiały te ściśle postpunkowe (Guns of Brixton, She’s In Parties), słabiej synthpopowe (I Just Can’t Get Enough, a nawet Shout). Pozwoliłem sobie za to całkowicie odpłynąć przy akustycznym, zgotowanym na pożegnanie In a Manner of Speaking, bo niezmiennie uważam, że to najlepsza i najbardziej przejmująca ich re-aranżacja. Dla mnie, właściwie można by już zakończyć wieczór, ale szykował się jeszcze jeden występ.
Woods Of Birnam
Do zespołu Christiana Friedela, którego znałem przede wszystkim z ról aktorskich („Babilon Berlin”), podchodziłem z pozycji zaciekawionego dystansowca. Trudno mi było przewidywać, czym i czy Friedel z zespołem mnie zaskoczą. Do Łodzi przyjechali z „Dorianem”, ale nie skupili się tylko na nim. Zaczęli od I Will Survive You i Food to My Starved Eyes (z „Doriana” właśnie), ale potem szło już przekrojowo, poprzez Isolation czy Call To Arms (z „Grace”), do A Ship i The Wind (z „How to Hear a Painting”). Dwa razy wracali (pierwszy bis zakończyli, chyba trochę z zaskoczenia, Du bist alles), występ dopełnił się więc zgodnie ze sztuką teatralną. Czy tyle samo było emocji? No właśnie – nie do końca, bo koncert był miejscami powściągliwy, równy i dopracowany, z kontrolowaną elegancją. Tak go odebrałem, w ten sposób WoB zamknęli dla mnie sobotni wieczór w Wytwórni.