Trochę szkoda, że cały materiał nie jest utrzymany w klimacie singli, ale takie też były zapowiedzi zespołu, który bawi się różnorodnością stylistyczną. Od strony koncepcyjnej jestem w stanie taką klamrę dla albumu – do Suzie po The Race – przyjąć. Swingująca, sięgająca tradycji jazzu nowoorleańskiego Suzie (bodaj najwcześniejsza piosenka w zestawie) nie jest najlepszym wprowadzeniem do tego, co dalej się wydarzy. Ba! Nie jest nim także drugi Something Between Us, bo to wciąż raczej rozpęd, na tyle jednak szybki, że już przy trzecim utworze, The Cover, uwaga jest już pełna. Od tego momentu płyta wyrównuje oddech i płynie w tempie, w jakim chętnie się zanurzam.
Mr Lonely najpełniej i dojrzale brzmi w misternie skonstruowanych balladach, choć „dojrzale” odczytać trzeba wyłącznie jako podkreślenie ich poziomu. Siła Mr Lonely polega na dopracowanych w detalach utworach, których poukładana struktura odsłania wysoce świadome podejście do tworzenia i zgodnego komponowania. Posłuchajcie absolutnie pięknego Humming Spirals z uwolnionym solem lekko orientalizującej trąbki i saksofonem, z doganiającą je perkusją, która jest cichym bohaterem wcale nie drugiego planu. No i wokal (wokale), jakby znajomy, przechwytujący emocje słuchacza, choć sam nimi dyryguje. Już wcześniejszy, The Cover dryfuje w klimacie knajpianych jazzbandów, powoli wprowadzając w świat złożonej natury kwintetu. „I’m standing in a cover of the book” brzmi jak zaproszenie do otwierania kolejnych, nie tylko w tym utworze, różnych stron różnych opowieści.
Więcej akustycznej gitary w Mr Lonely zapowiada czystej wody blues i piosenkę, którą grupa po raz kolejny mierzy szerokość swoich możliwości. W bluesie topi się Long Way Home, ze swobodnie pływającą perkusją i funkującym instrumentarium. Melodyjny refren mógłby znaleźć się na jakimś krążku Red Hotów, bo czemu nie? Po nim kolejny wybijający się moment albumu, korzeniami zapuszczony w alternatywnej progresji. To Little Truth, który podobnie jak we fragmentach późniejszego The Race, ma w sobie najwięcej z Dave’a Matthewsa. Muzycy wysuwają tu na pierwszy rząd klarnet, flugehorn i delikatnie wiążącą całość gitarę. Soul-popowo robi się przy Home, który mógłby nagrać np. Sting, gdyby też zapędził się w rejony rocka progresywnego.
Wszystkie nawiązania, o których piszę, to jedynie dowód na wszechstronność i wyobraźnię muzyków. Jego kwintesencją może być inny singiel, Fuego, dynamizujący album, stanowiący nawrót do początku albumu. Fuego to jednak najbardziej bluezz’n’rollowy – jak sami go opisują i z czym nie będę polemizował – punkt na mapie ich drogi. Na jej końcu jest wspomniany już The Race, z przełamaną dynamiką, która przypomina o początkach i przypomina blues-jazzowe źródła.
Lubię chaos w muzyce, ale równie chwytają mnie melodie. Te drugie unoszą się nad debiutem Mr Lonely. Zespół opiera kompozycje na wyrazistych partiach saksofonu i trąbki, dzieląc przestrzeń z klarnetem, uderzającą (nomen omen) czasem znienacka perkusją, nieco rzadziej ilustrujący brzmienie solówkami gitar czy basu. Wszystko zabarwione jest nietuzinkowym, różnobarwnym wokalem. I kiedy wszystko wydaje się poukładane, można być pewnym, że po drodze zespół wysadzi nas na niespodziewanych, sycących brzmieniowo przystankach.
Sztuką jest rozpisanie i nagranie tak żywej płyty (zarejestrowanej praktycznie na setkę). Nie wiem, czy to granicząca ze zdrową bezczelnością pewność, czy zmysł, ale stawiałbym na zbiorową świadomość. I wysoką poprzeczkę na start. [7,5/10]