SCENA, PROMOCJA I PAN HIROSZIMA
Patrycja (muzobar): Jakie emocje, w porównaniu z poprzednią, towarzyszą Wam przy obecnej trasie?
Maciej Poręda (MP): Poprzednia odbywała się w większych miastach, więc emocje były bardzo skrajne – płacz, śmiech, zgrzytanie zębami. Tutaj jesteśmy bardziej umiarkowani, a dzięki temu też bardziej sobą. Jak Spider-Man, kiedy nie miał stroju Iron Mana, tylko swój normalny.
Michał Jurek (MJ): Na pewno jest trochę naturalniej. Na obecnej trasie bardziej postawiliśmy na kontakt z publiką, ograniczony przy poprzedniej postacią Pana Hiroszimy, który był oczywiście bardzo istotnym elementem opowieści związanej z naszą ostatnią płytą. Podczas poprzedniej trasy ubiliśmy Pana Hiroszimę, teraz go nie ma, więc możemy być swobodni, bardziej naturalni i stawiać na granie kawałków bez scenariusza, zastanawiania się, co dalej.
Skąd wybór miast? Mówiliście, że Toruń czy Opole odwiedzacie po raz pierwszy.
MP: Zdecydowanie chcieliśmy być w miastach, w których proszono, żebyśmy się w końcu pojawili, i tych, w których odbiór nas ciekawił. Nie mamy jeszcze obcykanej całej Polski, więc to jest ciągłe testowanie i odkrywanie mapy.
MJ: W Toruniu graliśmy pierwszy raz, w Rzeszowie kiedyś, na Juwenaliach, ale Juwenalia a koncert solo to coś innego. W Białymstoku chyba 2-3 lata temu też graliśmy Juwe, a na Podlasiu bardzo mało gramy. Nie byliśmy też właśnie w Opolu – ani turystycznie, ani przejazdowo,
Teraz możecie i artystycznie, i turystycznie…
MP: Do koncertów mamy obecnie siedmioosobową ekipę, a to i tak jest wersja skurczona. Każdy ma też swoje plany. Kiedyś jeździliśmy z Michałem i z naszymi dziewczynami w czwórkę (albo w piątkę, z dźwiękowcem) i zostawaliśmy cały następny dzień. Po koncercie zwiedzaliśmy, googlowaliśmy najlepsze restauracje, co gdzie regionalnego spróbować. Teraz nam tego brakuje, bo jest tylko granie koncertu, pobudka rano w hotelu i wyjazd. To jest bardzo przykre. Mamy nadzieję, że kiedyś znajdziemy jakiś mądry sposób, by te miasta pozwiedzać i poodkrywać, bo Polska jest pełna ciekawostek. Nie spodziewałem się na przykład, że Opole jest tak ładne. Rzeszów zresztą tak samo.
Jaki tryb grania wolicie: typową trasę czy performance i wchodzenie z interakcje na scenie?
MJ: Obie formy mają plusy i minusy. Chcieliśmy spróbować zrobić czegoś, w czym poświęcimy więcej czasu na scenariusz, żeby było to większe doświadczenie niż „trzech chłopa na scenie grających kawałki i momentami coś gadający z ludźmi”. Przez całą płytę i trasę dużo wysiłku włożyliśmy w to, by dorzucić storytelling do koncertów, ale ostatecznie nas to zmęczyło. Aktualnie wolę luźniejszą trasę, jak teraz, ale zmęczenie też ma na to wpływ.
MP: Rok temu stwierdziliśmy, że potrzebujemy czegoś więcej i to się zmienia. To jest sinusoida, za 2 lata pewnie będziemy chcieli grać znowu jakieś wymysły, choć ja uważam, że najprawdziwsza muzyka to te chłopy w pradawnych czasach zebrane przy ognisku, co grali na mandolinie czy bębenku i śpiewali sobie piosenki. Gdzieś z tego to wszystko wynika. Im bliżej prawdziwej formy, tym przekaz jest bardziej bezpośredni i mocny.
MJ: W naszym przypadku znaczące jest to, by żadna z decyzji nie sprawiła, że zbudujemy dystans z publiką. Obawialiśmy się, że tak się stało na trasie z Panem Hiroszimą, ale ostatecznie zadbaliśmy, by ten dystans, jeśli powstał, był minimalnie wyczuwalny.
Wydaje mi się, że nie było dystansu, bo ludzie mieli faktyczną moc sprawczą, by Pana Hiroszimę obalić. Mieliście poczucie, że w publikę wstępowała nowa energia po tym, jak udało im się pokonać „tego złego”?
MP: Tak, i właśnie włożyliśmy w to specjalne starania z Adamem Andrzejewskim, który był współtwórcą tego przedstawienia. Bardzo się staraliśmy i taki był nasz zamysł, żeby maksymalnie zaangażować publiczność i żeby emocje się odzywały. By pozwolić ludziom na negatywne emocje, których wyrzucenie może być oczyszczające. Samo stworzenie Pana Hiroszimy i jego usunięcie było bardzo oczyszczające także dla nas i chcieliśmy się tym trochę podzielić. Dosyć ryzykowny eksperyment, bo nie widzieliśmy dotąd, żeby ktoś robił coś podobnego, tzn. wymuszał na koncercie negatywne emocje. U nas zadziałało i było super.
MJ: Na papierze to wyglądało ok. Tam Pan Hiroszima był określany jako wspólny wróg i nie wiedzieliśmy, czy na żywo będzie to też czytelne i zrozumiałe. Kluczowe było, aby koncert zadziałał w formie, jaką sobie wymyśliliśmy. Na szczęście, biorąc pod uwagę co ludzie krzyczeli i jakie mieli emocje związane z Panem Hiroszimą, jak bardzo chcieli go ubić (jak już był w formie piniaty), to czujemy, że się udało.
MP: Musieliśmy celowo ludzi zirytować i przerywać ulubione kawałki, które najlepiej działają. On musiał być nudny, trochę za dużo gadać, bo to nie była fajna postać, która stymulowała, tylko taka, która musiała być naprawdę irytująca. A to mogło się przeciw nam odwrócić. Mam wrażenie, że w Katowicach trochę przegięliśmy, bo widziałem u publiczności zniecierpliwienie, ale w pozostałych miastach widać było, że emocje rosną. Dlatego to był ciekawy zabieg i fajnie, że to zrobiliśmy.
Macie jakiś wymarzony merch, który chcielibyście zrobić? A może planujecie wrócić do starego?
MJ: Nie chcę palić mostu, jakim byłoby wrócenie do starego merchu, ale na razie nie jestem też zwolennikiem. Merch to część jakiegoś etapu, który się zamyka; jest związany z danym okresem, limitowany. Ma to swój urok, ponieważ jest w pewnym sensie pamiątką, staje się bardziej szczególny, a nie pospolity na tyle, że w każdym momencie możesz sobie coś zamówić.
MP: Powinniśmy mieć na stronie wiszący, wieczny merch. Tego nam brakuje. Po wpisaniu w Internecie „T-shirt Lordofon” wyskakiwałyby wyniki i każdy mógłby sobie kupić. Jakbyśmy mieli np. helikopter Lordofon, to by znaczyło, że jesteśmy na ogromnym poziomie wydajności finansowej. To by było miłe.
MJ: Przy trasie z Hiroszimą był pomysł, ale okazał się zbyt kosztowny w produkcji: merch jako czapki z rogami i krawaty. To by było super, ale niestety finansowo by to się spięło tylko wtedy, gdybyśmy byli artystami większej skali. Może kiedyś zrobimy coś więcej niż koszulki i bluzy. Fajny byłby zestaw LEGO Lordofonu, byłbym z niego zadowolony. LEGO jest super. Jeszcze z tymi klockami interaktywnymi, które teraz mają, co wydają różne dźwięki…
MP: Merch nie jest w centrum naszej uwagi, ale powinien być, bo faktycznie można pozwolić wyrazić się innym poprzez nasz zespół, a to jest fajna wartość. Zawsze nam się wydawało, że to jest tylko spieniężanie, ale to nieprawda. Franek Warzywa z Młodym Buddą ostatnio zrobili super rzecz, jak za darmo rozdawali w ogromnych ilościach koszulki na koncertach.
DOŚWIADCZENIA, PŁYTY I INNE FEATY
Znacie się z Frankiem i Buddą? Myśleliście, żeby może zrobić z nimi jakiegoś feata?
MP: Znamy się i lubimy, nieraz mieliśmy okazję pogadać. Oni są super, bardzo im kibicujemy. Przyjemnie obserwuje się jak nasza fajna i jakościowa polska alternatywa rozlewa się teraz po świecie. Myślałem, że będę czuł zazdrość, jak w Londynie mieli sold out, ale dla mnie to jest po prostu coś świetnego. Sądzę, że tym wszystkim zapisują się w historii polskiej muzyki i na długo będą pamiętani.
MJ: A czy zrobilibyśmy z nimi kawałek? Gdybyśmy się spotkali i stworzyli coś fajnego, to byśmy to wypuścili. Nie patrzymy na szansę zrobienia z kimś kawałka pod kątem potencjału komercyjnego, a na to, jak się dogadujemy, bawimy, i czy mamy wspólną wrażliwość. Ostatecznie – kierując się tymi wartościami zbudowaliśmy sobie słuchaczy. Kierując się podobną zasadą przy tworzeniu utworów, nawet jakby to było najdziwniejsze połączenie, ale autentyczne i działające, to ludzie by to skumali.
MP: Tak jak z Hi Hanią.
Kocham tę piosenkę. Prywatna Wyspa to jedna z moich ulubionych z ostatniej płyty.
MP: Dobrze słyszeć, bo dostaliśmy za nią swego czasu biczowanie, a też ją lubimy. Niesamowite, że Prywatna Wyspa jest jedną z najlepiej radzących sobie na tej i poprzedniej trasie.
MJ: Stresowałem się, kiedy mieliśmy pójść z Hi Hanią do studia, a było bardzo swobodnie i miło. Festiwal Ekipy to było doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę; wiązało się z dużą ilością stresu, ale to nie jest tak, że nie powtórzyłbym kawałka z Hi Hanią. Całą EP-kę byśmy z nią zrobili! Festiwale Ekipy czy premiera w RMF FM to były rzeczy, z którymi wcześniej nie mieliśmy styczności i nie wiedzieliśmy, jak się odnaleźć.
MP: Dziwne i ciekawe doświadczenie, ale przekonaliśmy się, że to nie jest nasz świat.
A propos większych doświadczeń: chcielibyście zrobić trasę za granicą?
MP: Za 20 lat dla Polonii – to jest jedyne, na co możemy sobie pozwolić. [śmiech] Co jest super, chyba Bednarek grał ostatnio koncerty w Stanach, czyli jest to możliwe. Zresztą, Polacy grają często w jakichś kościołach, takich chrześcijańskich, katolickich miejscówkach, i to też jest ciekawa sprawa.
MJ: Fajnie by było, ale na razie jest raczej niedostępne. Myślę, że nawet jeśli ktoś by przyszedł na nasz koncert za granicą, to musielibyśmy sporo do takiego interesu dołożyć.
Jakie macie podejście do teledysków? Lubicie czy uważacie raczej za element konieczny do promocji singla lub płyty?
MP: Lubimy. Chcielibyśmy robić to jak najlepiej, być jak najbardziej zaangażowani, ale to jest bardzo trudne i opiera się na współpracownikach. Dopiero przy tej płycie stworzyliśmy z Adamem Andrzejewskim potrójny tandem i poczuliśmy, że mamy kontrolę nad jakościowym tworzeniem tych rzeczy.
MJ: Z robieniem klipów jest podobnie jak z robieniem featów, bo musimy złapać z reżyserem taką samą synchronizację wrażliwości i poczucia estetyki. Oczywiście najłatwiej nam się robiło autorskie klipy, czyli np. ChatGPT albo Cheesy. Były takie, które okazały się dla nas strasznie nieprzyjemne i trochę się wtedy dostosowaliśmy. Wychodziliśmy poza strefę komfortu, co normalnie jest okej, ale tylko wtedy, kiedy kierunek tego wychodzenia jest zgodny z nami.
MP: Pracujemy nad naszym wizerunkiem i staramy się w tym wszystkim być sobą, a nagle współpracujemy z kimś, kto ma inną wizję, inaczej czyta nasz wizerunek i jest niezależnym twórcą. Tutaj się pojawia zgrzyt, bo występujemy jako nie my, a jakaś inna, udawana postać. W przypadku każdego artysty coś takiego jest niemądre i powinno się tego pilnować, bo ważne jest, by zachować spójność.
Cheesy jest takim waszym domowym teledyskiem, nagrywanym „z łapy”, dzięki czemu ma swobodny klimat. Myślicie, że byłoby spoko, gdyby więcej artystów tak nagrywało, odchodząc od „kinowych” klipów?
MJ: Pieniądz i bogactwo produkcji nie są dla widza żadną wartością. Nikt nie ogląda klipu i myśli: „O, to na pewno dużo kosztowało, ale super klip”. W dużej mierze jego bogactwo zależy od tego, co jest w środku. Można zrobić super klip za 50 zł, ale też za 5 milionów.
MP: Tak, ale istnieją różne typy artystów. Niektórzy najbardziej stymulują fanów, gdy emanują bogactwem, inni tworzą niesamowicie skomplikowane kreacje i za każdym razem występują jako inna postać, np. David Bowie. Są też tacy, którzy polegają na prostocie i bliskości ludzi. My jesteśmy typem artysty „im bliżej tym lepiej”, a Cheesy jest dla nas najlepszą formą. Będziemy szukać podobnych w przyszłości, bo to daje najwięcej frajdy, jest najbardziej nasze, i też najtańsze. [śmiech]
MJ: Super się przy tym bawiliśmy, a to było nagrywane w dzień moich urodzin. Pojechaliśmy w Warszawie na Bakalarską, zjedliśmy Pho i zrobiliśmy kawałek klipu, który jest nagrywany na ośce. Jest tam twerkująca dziewczyna, co było absurdalne, ale lubimy absurdalne pomysły, choć nigdy tego nie pokazujemy. Lubimy dorzucić niedorzeczność albo coś, co doda dziwną przyprawę do naszego wizerunku i stworzy sytuację kuriozalną. Następnym razem zrobimy tylko klipy, przy których będziemy fajnie spędzać dzień.
MP: W wytwórni mamy jakiś budżet. Może poprosimy, żeby nas wysłali na jakieś wakacje i z tego zrobimy teledysk. Brzmi jak kant, a prawdopodobnie byłby to mega super klip.
MJ: Nie byliśmy w Suntago, możemy tam pojechać. Na golasa w saunie nagramy klip. [śmiech] Tego się po nas spodziewajcie.
Jeśli mielibyście każdą swoją płytę opisać jedną emocją, to jaką wybierzecie?
MJ: Z „Plasteliną” myślę, że wiąże się jakiś bunt.
MP: Dla mnie „Plastelina” to naiwność, ale to nie jest emocja, a bardziej poczucie. „Koło” to takie „Ja wam pokażę!”
MJ: Tak, trochę udowadnianie.
MP: „Passe” – zagubienie. „Niesamowita Trupa Pana Hiroszimy” – stawanie się dorosłym, ale to też nie jest emocja. [śmiech] Nie jesteśmy w to dobrzy. Może trochę jak dojrzewanie, dorosłe dojrzewanie. Pierwsza taka poważna praca.
MJ: „Koło” to udowodnienie, „Passe” to zagubienie, a Hiroszima to wspólna terapia po tych wszystkich różnych emocjach. Mamy nadzieję, że kolejna płyta będzie mniej zagubiona i nie będzie potrzebowała ani pokazywać, ani udowadniać niczego.
MP: …choć na tym poziomie udowadniania, zagubienia i naiwności też synchronizujemy się ze słuchaczami, którzy czują to samo. Czego byśmy nie czuli, ktoś może będzie miał podobnie.
Faktycznie chcecie iść w lżejszym kierunku, czy macie jednak jeszcze jakieś ciężkie rzeczy do przekazania?
MJ: Nie ma takich ustaleń do naszej muzyki, których byśmy w ciągu tygodnia nie złamali.
MP: Tworzenie muzyki to jest żywioł, w którym możemy się mądrzyć i wymyślać, ale prawda jest taka, że to, co z tego wyjdzie, zupełnie nie jest pod naszą kontrolą. To wynik podświadomości i energii kosmicznych – cokolwiek to będzie, to nie nasz wybór.
MJ: Nie chcemy o tym myśleć, bo każda wizja „Zróbmy płytę X albo Y” jest bardzo z marszu. Kiedy słyszymy takie założenie, to trochę jakbyśmy sobie łańcuchy na łapy zakładali.
Najtrudniejsza i najłatwiejsza piosenka do zrobienia. Która zaskoczyła od razu, a która zmieniała się w procesie tworzenia.
MJ: Najłatwiejsza była Taconafide: ja wiedziałem od razu co zrobić, Maciej napisał tekst w 15 minut. Ta piosenka się z nas po prostu wylała.
MP: Dla mnie najtrudniejsza była Francoise Hardy. Pisałem do niej chyba cztery różne teksty. Miała różne formy, nagrywaliśmy ją w studiu, potem rezygnowaliśmy z jakichś elementów, coś dłubaliśmy. Ostatecznie była miksowana przez 3 osoby, biorąc Michała pod uwagę.
MJ: Z kolei najtrudniejsza instrumentalnie była Mała śmierć. Było trochę grzebania, coś nam nie pasowało, pomagał nam przy niej DrySkull. Nigdy wcześniej nie mieliśmy sytuacji, w której szliśmy do kogoś, by nam pomógł zrobić coś z instrumentalem.
Macie jakiś instrument albo styl śpiewania, którego chcielibyście się nauczyć?
MP: Gry na klawiszach. Uważam, że to jest songwriterski, basic instrument, który wszyscy moi idole opanowali na podstawowym poziomie, a ja nic nie umiem w tym zakresie.
MJ: Ja bym nie dodawał nowego instrumentu, ale na pewno chciałbym lepiej grać na tym, co już mam – na klawiszach i gitarze. Na nich chciałbym zdecydowanie wejść level wyżej, bo to odbiłoby się dobrze na produkcji.
BRANŻA PLUS
Na początku kwietnia odbyły się Popkillery, na których branża trochę się ze sobą rozlicza. Śledzicie je?
MJ: Ja z roku na rok coraz mniej. Kiedyś byliśmy na nich regularnie, bo to fajna impreza, trochę jednak zniesmaczyło nas, że bardzo duża część zwycięzców nie pojawia się na miejscu. Mam nadzieję, że to się zmieniło. W tym roku nie byliśmy, bo robiliśmy muzykę. Tak, wydaje mi się, że dla muzyka to dobre wytłumaczenie [śmiech]. Nie, że nam się nie chciało, tylko faktycznie mieliśmy już zaplanowany od dawna dzień robienia muzyki.
MP: Jestem fanem takich świąt branżowych, hip-hopu, ale też Fryderyków. Jako branża muzyczna warto świętować fakt, że robimy to, co robimy. Spotkać się z ludźmi, którzy kochają to samo i tam się poznawać. Nagrody to pic na wodę przy tym wszystkim. Nikt tak naprawdę nie patrzy na te czy inne nominacje. Chwilę ktoś o tym pogada, ale na tym się kończy. Nikt, kto ma więcej nagród, nie jest na pewno wyżej ceniony niż ten, kto ich nie ma. My na przykład nie mamy, a jesteśmy bardzo cenieni. [śmiech]
MJ: Nie uważam jednak, że jakakolwiek z przyznanych nagród w Popkillerach była niesłuszna. Gremium, które tam zasiada, i to składające się z publiki jest dobrym wyznacznikiem, kto nagrodę powinien dostać i kto jest postrzegany jako najlepszy kandydat.
A co sądzicie o rozdzieleniu muzyka od jego twórczości? Pytam patrząc na sytuację wokół np. Kanye Westa
MP: West przekroczył granice, które nie powinny być przekroczone. Nie jestem fanem decyzji o odwołaniu koncertu. Z kulturą nie powinno się działać w taki odgórny sposób, ale też uważam, że Kanye powinien zostać ukarany. To była absolutna przesada, akcja promocyjna, w jasny sposób zorganizowana, z odwoływaniem się do nazizmu. Stała za tym masa ludzi i nie można tego zwalać na chorobę psychiczną jednostki, nawet jeśli jest tak potężna jak Kanye. Pod tym, co się działo, musiało się podpisać wiele osób poza nim i to, co się aktualnie dzieje, to odpowiednie konsekwencje.
MJ: To na tyle duże wykroczenia, że powiedzenie „przepraszam” i usprawiedliwianie chorobą jest oczywiście lepszą sytuacją, niż jakikolwiek brak odniesienia. Jednocześnie jest trochę za małym powodem, żebyśmy wrócili do starych realiów i potraktowali go, jakby tej sytuacji nie było. Zrozumiem, jeżeli to kwestia wyłącznie choroby, ale samo przeproszenie nie cofnie tych sytuacji.
MP: Dziwi mnie, że ze strony praktycznie wszystkich państw europejskich pojawił się taki mocny odzew, nawet jeśli koncert nie został odwołany. Odbywały się mocne dyskusje i Kanye wraz ze swoim sztabem miał masę szans by odwrócić to w coś dobrego – poświęcić część dochodu na fundacje związane z pamięcią o Holokauście itd. Tymczasem oni nie zrobili najmniejszego ruchu w tym kierunku, a tylko mnożą się te poprzednie krzywdy i tworzy nowy kontekst. W pełni rozumiem, że ludzie, nie tylko potomkowie ofiar nazizmu, czują w tej sytuacji ból.
MJ: Aspekt odłączania muzyki od osoby nieraz przychodzi mi łatwo. Jak były kontrowersje wokół zmarłego rapera XXXTentacion to bardziej umiałem je oddzielić od jego muzyki. Przy Kanye, nawet jak zrobił najlepszą płytę, trudno mi to zrobić i spojrzeć na niego tylko przez pryzmat muzyki. Bo za tą muzyką stoi człowiek, który popełnił spore błędy.
MP: Różnica między Kanye a X, który dźgał nożami i bił kobiety jest taka, że w ewidentny sposób u Kanye to była zorganizowana część programu promocyjnego. W przypadku tamtych to po prostu błędy ludzkie.
MJ: X nie zrobił merchu związanego z biciem kobiet, ale Kanye już ze swastyką tak.
Co sądzicie o używaniu w muzyce sztucznej inteligencji? Mam na myśli ostatnie brainroty, jak np. Kutas Records. Twory, które nie traktują siebie poważnie i nie wymagają tego samego od słuchaczy.
MJ: Skoro jest potrzeba, jest też popyt, i to spełnia swoją rolę. Jeśli byłoby to niepotrzebne – naturalnie by wymarło. Nie chciałbym do tego podchodzić pretensjonalnie, ponieważ muzyka AI ma swoją przestrzeń w świecie. Jako muzycy jesteśmy cały czas bezpieczni, bo bardzo istotnym elementem jest to, czy za muzyką faktycznie stoi człowiek. Sądzę, że ludzie tego potrzebują. Pytanie: jaką będzie to zajmowało część rynku muzycznego i czy sprawi, że będzie nam trudniej? Pewnie tak, ale każda epoka dla muzyków ma swoje problemy. Teraz jako muzyk musisz być aktywny w social media i to wymusza na tobie branża. Era, w której AI będzie zajmowało więcej rynku, będzie kolejną rzeczą do przeskoczenia.
MP: Ciekawi mnie, co będzie się działo, bo nikt nie jest w stanie mądrze przewidzieć następnych ruchów. Na pewno nie chciałbym, żeby ktokolwiek w obecnej formie na tym zarabiał, a widzę, że wciąż są znajdowane jakieś kruczki na portalach streamingowych i to jest bez sensu.
Na koniec: Tede czy Peja?
MJ i MP: Tede.
MP: Do Peji szacunek absolutnie, nie jesteśmy tutaj po żadnej stronie konfliktu, ale po prostu więcej Tedego. To jest bardziej nasza estetyka. Zresztą, Tede powiedział mi, że mam fajną czapkę z rogami…
MJ: …i tą czapką z rogami sobie zyskał.
Z zespołem rozmawiała PATRYCJA DRABIK
Foto: Patrycja