Shoplifters of the World Unite The Smiths zespół zagrał jako drugie. To tym Morrissey zazwyczaj rozpoczyna tegoroczne europejskie koncerty, ale równie dobrze, a może i lepiej, wprowadził dziś w jego świat właśnie przebojowy Suedehead. Początek krakowskiego występu był szybki i żywy. All You Need is Me, One Day Goodbye Will Be Farewell (oba z „Years of Refusal”), a po nich zawsze wyjątkowy hammer-song, oznaczający drugi zwrot ku The Smiths i How Soon Is Now? Są piosenki, których mogę słuchać w nieskończoność, i ta nadal do nich należy. You’re the One For Me, Fatty (z „Your Arsenal”), który nieco obniżył temperaturę a potem jeden z dwóch pozaalbumowych utworów – Rebels Without Applause, które tego wieczora zagra (niedługo potem – Sure Enough the Telephone Rings). Pomiędzy piosenkami wpadały czasem bardzo krótkie słowne zaczepki w stronę widowni, z której dały się słyszeć pojedyncze pokrzykiwania. To zawsze u Morrisseya jest ryzykowne, choć miałem wrażenie, że tego wieczora nie miał ochoty zejść ze sceny. Nawet kabla od mikrofonu rzadziej używał niczym bicza.
Chyba trochę niespodziewane I Wish You Lonely z „Low in High School”. Koncert szedł równo, Morrissey śpiewał lekko, pewnie i jakoś tak… niemanierycznie. W tłum poleciały chusty z odbitą twarzą spoconego idola. OK, oznaki boskości musiały się jakoś objawić. Słabiej wypadł All the Lazy Dykes, co chyba rezonowało początkowo na Istanbul. Ten drugi ostatecznie wypadł poruszająco. Dawno nie było The Smiths? Proszę, oto wspaniałe I Know It’s Over. Morrissey wciąż wie, jak nas poruszyć.
Czekałem na Life is a Pigsty, bo koncertowo zawsze wypada magicznie. Nie inaczej było tym razem. Podobnie Everyday is like Sunday, bez którego ostatnie koncerty Morrisseya się nie odbywają. I dobrze, bo pomimo oczywistej przebojowości ja wciąż go uwielbiam. Zawsze pozwalam sobie przy tym na upust emocji, nawet kiedy Moz w drugim wersie refrenu śpiewa tylko „quando, quando, quando”… Westernowe The Loop i znakomity Jack the Ripper (to z „World of Morrissey”), plus I Will See You In Far-Off Places, na zamknięcie podstawowego setu. Wcześniej przedstawienie zespołu i kilka słów podziękowania od każdej osoby w zespole. Właśnie, zespół, który mu towarzyszy, i o którego muzykach powiedział coś na kształt: są ze mną pomimo różnych przeciwności losu. No tak, nie mają z nim i jego publicznymi zachowaniami łatwo. Na tegorocznej trasie z Morrisseyem gra 5 osób, w tym mistrzyni klawiszy, Camila Grey (uraczyła nas dwiema ładnymi solówkami) i gitarzystka Carmen Vandenberg.
Koncert się jeszcze nie skończył, bo kto jak kto, ale Moz czeka na powtórne wywołanie. Wrócili, bez słowa, by zagrać przepiękne (i tak samo przepięknie), smithsowskie Last night I Dreamt That Somebody Loved Me. A potem zamknąć koncert niemal tradycyjnie już Irish Blood English Heart. Nie zapadła kurtyna, zespół zszedł po ostatnim dźwięku. Ostatni kadr zawiesił się na chwilę na scenie. Tak, jak zapętlone były na potrzeby każdego utworu inne zdjęcia, wyświetlane za plecami muzyków (by wspomnieć Bruce’a Lee i Davida Bowie).
Trzeci krakowski koncert Morrisseya stał się historią. Ładnie spisaną, choć krótka. Ale Moz nie zwykł grać maratonów. Bo nie musi, jak wciąż wielu rzeczy w muzyce (już). A mnie najbardziej cieszy wysoka forma Morrisseya. Koniec końców wie, że jest po prostu jedyna taką osobowością.
Foto Morrisseya (za wyj. ogólnego): Robert Wilk. Wielkie podziękowania!