Zacznę od końca: jaki odbiór miała płyta „Sport, wojna i miłość”? Drugi album to zawsze pewien test dla zespołu, szczególnie, gdy wywodzicie się z innych, znanych wcześniej składów.
Karol: Recenzje były bardzo dobre, przychylne, i było ich zdecydowanie dużo. Płyta wywołała spore zainteresowanie i wiele ciekawych osób ją zauważyło. Niestety, nie udało nam się wykuć tego żelaza, póki było bardzo gorące w momencie premiery, jednak gramy tą jesienią kilka koncertów, co jest trochę taką naszą akcją promocyjną. Nieco spóźnioną, ale teraz możemy ją w końcu porządnie ograć i myślę, że dzięki temu dociera ona do ludzi, przekonuje do naszego składu.
Po pierwszej płycie pojawiały się głosy, że nie wiadomo, co dalej z Nangą, że nie nagracie drugiej płyty, pójdziecie w inne projekty. Tymczasem w kwietniu 2023 wychodzi drugi album. Jego koncepcja rodziła się już podczas nagrywania pierwszego?
Magda: Same pomysły – tak. Jednak rozdział z Nangą był od początku otwartym rozdziałem, który nie wiadomo, jak się dalej potoczy. To był efekt tego, że zespół powstał trochę wirtualnie. Nie znaliśmy się wcześniej (no, chłopcy się znali) i zdalnie robiliśmy utwory na pierwszą płytę, tzn. wymienialiśmy się przesyłając sobie poszczególne partie mailowo. Nie graliśmy jeszcze żadnych koncertów, nawet prób razem nie graliśmy, więc trudno było po prostu ocenić, w którą to stronę pójdzie.
Potem był okres pandemii.
Magda: … i nie wiedzieliśmy, czy to kliknie, czy „zażre” i pójdzie za tym jakaś chemia, chęć dalszej współpracy. Szybko okazało się, że jest wszystko, i kiedy zaczęliśmy razem grać próby, a potem koncerty, automatycznie staliśmy się zespołem. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że naturalną koleją rzeczy była chęć stworzenia nowego materiału, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy już coś wypuścisz.
Karol: Mogę tylko dodać, że w sumie liczyliśmy na trochę większy rozpęd. Faktycznie, pierwsza płyta ukazała się na progu pandemii i nagle okazało się, że w ogóle ciężko znaleźć się na rynku muzycznym z perspektywy nowego zespołu. Powiedzmy, że debiutującego. Robiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby zagrać te kilka koncertów, ale to zawsze było właśnie o te kilka koncertów za mało. Każdy artysta liczy na troszeczkę więcej, zwłaszcza, że scena oddaje dużo energii i tę energię można potem spożytkować do pracy nad czymś nowym. Tu tak nie było. W czasie pandemii niektóre z utworów, które trafiły na drugą płytę, powstawały jeszcze w formie pracy zdalnej. Myślę, że nawet ponad połowa z nich to jednak efekt naszego wspólnego wyjazdu, takiego, którego nie mieliśmy nigdy wcześniej. Wspólnie popracowaliśmy nad muzyką w przepięknym miejscu, w Borach Tucholskich.
Czyli już nie „cisza w bloku”, ale „cisza w lesie”. Domy w Borach Tucholskich znam, bo bywam tam czasami u rodziny. Na końcu lasu
Karol: Takiego domku szukaliśmy!
Magda: Następną płytę będziemy tam nagrywali.
Karol: Co do samego albumu, to można powiedzieć, że powstał w sumie w szybkim tempie – w lutym mieliśmy [pierwsze] numery.
Magda: Potem długi proces produkcji i pisania tekstów, bo praca nad nią trwała prawie rok. Zaczęła się w sumie rok, czy nawet jeszcze pół roku po pierwszej płycie…
Karol: …ale nam i tak wydawało się, że to jest szybkie tempo. Mówiąc nieskromnie, z nowego materiału byliśmy w miarę szybko zadowoleni. Płyta jest nieco inna od debiutu i myślę, że rzuca się w ucho też to, że towarzyszy jej trochę inne podejście do samego tworzenia.
Przy „Ciszy w bloku” pisano o Was „team producencki i zaproszona wokalistka”. Wy odpowiadaliście: tworzymy zespół, który funkcjonuje. Rzeczywiście piszecie wspólnie?
Karol: Praktycznie tak, choć niektóre nagrania były zalążkami pracy Filipa i Maćka i powstawały już kilka lat temu. Na płycie są też numery wyciągnięte z szuflady, wzięte na potrzeby nowego materiału. Coś na zasadzie: „o, fajnie byłoby je zabrać i troszeczkę nad nimi pochylić”. Kiedy takie numery wyciągamy, okazuje się, że jest w nich duży potencjał.
Najpierw muzyka, potem dochodzi tekst. Dużo jest po tym jeszcze zmian?
Karol: Tylko aranżacyjnie – tak, na zasadzie zwrotka, refren, i dalsze układanie. Filip [Różański] i Maciek [Dzierżanowski] mają do tego naprawdę fajne ucho, bo ja, tak naprawdę, bardziej mogę pewne rzeczy zasugerować do wyboru od strony muzycznej, powiedzmy – akordu, barw, instrumentarium. Mamy też trochę dęciaków, więc to zawsze wprowadza jakiś fajny kolor, ale strona aranżacyjna pozostaje w rękach Maćka i Filipa, co jest bardzo rozsądne, bo ich zdanie zawsze jest dobre i myślę, że można im w 100% zawierzyć.
To fajne, że na tyle sobie ufacie. Można powiedzieć, że Nanga to kolektyw, w którym jest naturalna chemia i nie zdarza się, że odrzucacie pomysłów innych, a tylko je modyfikujecie?
Karol: Takie rzeczy są ważne w zespole, bo motywują, a wręcz wymuszają pewnego rodzaju rozwój. Propozycje tekstów Magdy w dużej mierze zawsze były po prostu akceptowane, że tak powiem. Magda wysyłała gotowy tekst, czy demówkę wokalną, i to było po prostu „wow”, „super”, „nie ma żadnych uwag”. W pewnym momencie jakieś uwagi się oczywiście pojawiły, ale nie były szczególnie duże. Nie chcieliśmy Magdzie ingerować w pióro, bo wiemy, że tym piórem włada bardzo sprawnie, ale wyłoniły się pewne sugestie, że może coś jednak…
Magda: …nie powiedziałabym, że były ingerencje w teksty, bo to było może raz, i raczej w pomysły aranżacyjne, linię melodyczną. Nie przypominam sobie, żeby tak było, poza jednym tylko przypadkiem, który sama dopuszczam, bo zdaję sobie sprawę, że piszę teksty mocne i zaangażowane.
Już od czasu Gangu Śródmieście…
Magda: W Gangu tworzyłyśmy wspólnie, choć sporo tam tekstów napisałam. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy muszą chcieć podpisywać się pod pewnymi treściami. W niektóre po prostu bym nie pozwoliła, żeby ktoś w ogóle ingerował, ale w Nandze nie mam tego typu problemów, lub są na tyle minimalne, że nawet bym o tym nie wspominała. Jeśli chodzi o kwestie muzyczne, to oczywiście zdarzały się dyskusje, ale nie wiem, czy w punkt je nawet nazwać kłótniami.
Raczej konstruktywne dyskusje?
Magda: Z których coś wynika. Nie można powiedzieć, że wszystko jest super, bo pewne rzeczy musimy przegadać, przepracować. Ja zawsze porównuję zespół do związku, w którym są ludzie, którzy tworzą wspólnotę, rodzinę, i każdy jest inny, ma w sobie coś innego. Spędzamy teraz ze sobą bardzo dużo czasu i dotykamy takich bardzo intymnych, duchowych sfer.
Waszą twórczość odbieram na kilku poziomach. Z jednej strony to bardzo mocno osadzone w punku utwory, ale zaaranżowane i zaśpiewane tak, by nie był to manifest krzyczący. By ludziom coś powiedzieć, ale nie narzucić, choć przekaz ma być mocny i dosadny. Łagodny bunt?
Magda: Karol o tym gdzieś ładnie powiedział: muzyka rebeliancka. Dawno temu, w trakcie jednego z wywiadów przy okazji mojego pierwszego zespołu, Utrata Squad, usłyszałam, że zawsze piszę takie trochę zbuntowane teksty. A ja uważam, że tekst to nie jest tylko taki ładny obrazek, ale właśnie narzędzie do pewnego wyrażania sprzeciwu wobec rzeczywistości, która cię denerwuje. Narzędzie, którym można coś ważnego powiedzieć, i mówię tu o muzyce, słowie, czy poezji. Zawsze z tego korzystam, to jest dla mnie istotne. Wracając do tego wywiadu, usłyszałam też, że już nie jestem taka młoda, dlaczego więc wciąż się buntuję, że bunt zostawmy młodym… I to mnie jakoś tak zdruzgotało, bo buntować się można w każdym wieku i z różnych powodów.
Nawet powinno.
Magda: W ogóle, moim zdaniem, jest bardzo dużo rzeczy, przeciw którym trzeba się na świecie buntować. Jest bardzo wiele nienawiści, ksenofobii, wojen, i to jest nasz moralny obowiązek.
Druga płyta jest jednak bardziej przebojowa, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Na „Ciszy w bloku” dużo odnosiłaś się do „starej” popkultury, na drugiej zakotwiczyłaś w „nowej”. Obawiałaś się, że nie wszyscy odczytają te aluzje do lat 80. czy 90? Była Shakira, teraz jest Whoopi Goldberg.
Magda: I Whoopi jest tą “starą” – za przeproszeniem – popkulturą (śmiech), a “nową” Shakira. Na pewno nie był to zabieg świadomy, bo pisząc teksty nie kalkuluję i nie wymyślam sobie odbiorcy. Piszę to, co chcę z siebie wyrzucić, co mnie akurat zainspiruje. Zazwyczaj po prostu reaguję na te rzeczy, które są (chyba naturalnie) akurat gdzieś tam nośne.
Stąd więcej odniesień do współczesności, jak w singlowych Cyberelfach?
Magda: Wtedy akurat zaczęła się wojna, także na fake newsy. Cały czas o tym słyszeliśmy, tkwiliśmy w kulturze botów, zagrożeniu cybernetycznym, cyfrowej wojnie, i wtedy to się nasiliło. Było to ciekawe w kontekście naszych wyobrażeń o wojnie jako terytorialnej rozgrywce, a tutaj wchodzi cały ten nowy poziom cyber świata. Trudno go ignorować, jakkolwiek na to nie reagować. Ja zareagowałam lirycznie. Jak widzisz, to w żaden sposób nie jest planowane, wymyślone, obliczone. Piszę trochę strumieniem świadomości, a potem okazuje się, że to zamyka się w pewnej całości.
Zamyka w zestawie, tak ja to widzę, piosenek o miłości. Miłości do pewnych znaczeń, symboli, wartości, do konkretnych czasów. To według mnie miłość bardzo uwrażliwiona, uduchowiona, którą pokazujesz, że są rzeczy, o których nie możemy zapominać.
Magda: Ja przez długi czas się odżegnywałam, odcinałam od tych piosenek o miłości, uważając je za coś gorszego. A niedawno pomyślałam sobie, że przecież nie ma nic złego w piosenkach o miłości, że najpiękniejsze piosenki, które powstały, są właśnie o miłości. Jest taka teoria, że właściwie każda piosenka jest o miłości. I coś w tym jest. Pisząc poezje, gdzieś budzą się te uczucia buntu, niezgody, ale też tej wrażliwości, tej strony takiej lirycznej, duchowej, i to się wszystko jakoś przeplata i łączy w dobrej poezji. Nie mówię, że moja jest dobra, choć oczywiście jest (śmiech)
Na koniec zostawiłem małą uwagę, do jednego utworu…
Magda: Merytoryczną?
Nie, osobistą. Jako „team Lakers” utworu Scottie Pippen słucham, ale nie do końca się cieszę. Wolałbym innego bohatera (śmiech). Dziękuję za rozmowę.